Ponownie na Midweście
czwartek, 17 września 2009
Niefortunna koincydencja

Dawno temu, kiedy składałam wniosek o stypendium w Bardzo Szacownej Jednostce Badawczej i wypełniałam konieczne dokumenty, zupełnie nie myślałam o tym, że koniec mojego pobytu w Waszyngtonie zbiegnie się w czasie z Wielkimi Świętami. Doprawdy, wysoce niefortunna koincydencja.

Mam jeszcze trochę czasu do wyjazdu, to prawda. Czas ten jest jednak wypełniony najróżniejszymi rzeczami, którymi koniecznie trzeba się zająć. Koniecznie trzeba zakończyć tę sprawę i tamtą kwestię. Muszę zająć się tym i owym, dopilnować sprawy owej, zadbać o siamto i owamto. W międzyczasie trzeba zapakować parę pudeł i rozwiązać rozmaite sprawy logistyczne związane z transportem niewielkiego dobytku do Bloomington. Niezbędnych jest też parę spotkań z różnymi osobami.

Minuty i godziny upływają błyskawicznie w takich okolicznościach. We mnie zaś narasta irytacja, bowiem z całego serca nie cierpię poświęcania czasu i uwagi na sprawy, które normalnie uważam za kompletne duperele, a które obecnie stanowią najważniejsze rzeczy pod słońcem.

Tu właśnie jest problem - "najważniejsze rzeczy pod słońcem" przysłaniają mi horyzont, a w piątek o zachodzie słońca zaczyna się Rosz Haszana. Czy przypadkiem całkiem inne rzeczy nie powinny być teraz najważniejsze?

Oczywiście, powinny. Bodaj Miłosz zanotował kiedyś, że czasem ma poczucie, że powinien wszystko wiedzieć, wszystko rozumieć. "Powinienem. I co z tego?", dodał. (Naturalnie to mógł być ktoś zupełnie inny. Ze wstydem przyznaję, że moja pamięć do cytatów, swego czasu znakomita, szwankuje od jakiegoś czasu.) Ja także powinnam. I co z tego?

Brutalna to i trywialna zupełnie prawda - ciężko jest znaleźć czas i miejsce dla Boga pomiędzy spakowanym i niedopakowanymi pudłami, pomiędzy rachunkami do zapłacenia, usługami do załatwienia, notatkami z badań do uporządkowania, pomiędzy jakimiś rozliczeniami finansowymi do dokonania i sprawozdaniami do napisania... Rzeczywistość może nie tyle mi tu skrzeczy, co raczej rozpycha się łokciami zajmując kolejne minuty, godziny, dni.

Pozostaje mieć nadzieję, że nadejście szabatu połączone z nadejściem Rosz Haszana pozwoli mi na chwilę wytchnienia. Wyłączę komputer, wyłączę komórkę, schowam kalendarz wypełniony datami spotkań oraz terminami ważnych rzeczy do zrobienia. Schowam go gdzieś bardzo głęboko... Wyjmę natomiast sidur, sięgnę po Torę i spróbuję przynajmniej na parę godzin pokazać figę rzeczywistości.

23:21, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 14 września 2009
Czysta radość

the joy of it

Wybrałam się w niedzielę na odbywający się w waszyngtońskiej dzielnicy Adams Morgan od lat ponad trzydziestu festiwal.

Działo się wiele. Tłum ludzi sie kłębił, przeżuwał smakołyki nabyte po niskich cenach w licznych stoiskach gastronomicznych, oglądał i kupował wyroby mniej i bardziej artystyczne, przysłuchiwał się grającym grupom i miksującym DJom.

Najwięcej czasu spędziłam patrząc na tę tańczącą kobietę z grupy Malcom X Drummers and Dancers. Wprost nie mogłam od niej oczu oderwać. Od jej ciała, którego każde włókno zdawało sie wibrować energią, od jej płynnych ruchów i od jej uśmiechu, w którym odzwierciedlała się czysta radość płynąca z dynamicznego tańca w rytm bębnów.

niedziela, 13 września 2009
Widzowie

spectators

piątek, 04 września 2009
Ojczyzna polszczyzna?

"Daj spokój z tym 'wow!'" - szturchałam się mentalnie po każdym użyciu tego wykrzyknika w rozmowie z polskimi znajomymi. Siedzieliśmy sobie wieczorem na schodkach prowadzących na niewielką werandę nieco zrujnowanego domu nieopodal Connecticut Avenue, ciesząc się przyjemną rozmową o wszystkim i o niczym. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie te moje "wow!"

Gdyby nie "wow" i parę innych rzeczy.

- O macie tutaj nawet ten... no, jak to się nazywa po polsku... fireplace.
- Kominek - uprzejmie podpowiada znajoma.
- Właśnie, kominek... - powtarzam posłusznie wdzięczna za przypomnienie.

Rozmawiamy o kartach kredytowych. Mówię, że takowej jeszcze w tym kraju nie zdażyło mi się mieć. Raz składałam wniosek, ale mi odmówiono z powodu braku "credit history". Hmm... jak powiedzieć credit history po polsku? I jak się mówi "reliable"?! Jak powiedzieć, że dobra "credit history" pokazuje, że jest się "reliable"?! Ratunku!

Zgroza, myślę sobie idąc opustoszałą o tej porze Connecticut Avenue w stronę najbliższego przystanku metra. Po drodze zaglądam do sklepu, kupuję galon mleka i paczkę papierosów. "Have a nice night", mówi sprzedawca. "Dziękuję" - odpowiadam odruchowo - "I mean... thanks" - poprawiam się natychmiast.

Fascynująca rzecz ten ludzki umysł, stwierdzam czekając na metro. Przestawia się z jednego języka na drugi niczym jakaś maszyna.

Tylko w moim przypadku ta maszyna zaczyna cierpieć na dziwną czkawkę. Na angielski przestawia się bez trudu, z polskim bywają problemy...

Dzień wcześniej siedzę przed komputerem pisząc tekst dla pewnej Szacownej Instytucji w Polsce. "Jeez", męczę się nad jednym zdaniem - jak będzie "disruption"? Pisząc po polsku myślę po angielsku. Złoszczę się na to, że w pierwszej kolejności przychodzą mi do głowy słowa angielskie.

Wystarczyło kilka lat, by zmieniła się moja relacja do języka polskiego. Na początku pobytu w Stanach odczuwałam jego brak. Otaczająca mnie angielszczyzna wymagała stałego skupienia uwagi, co na dłuższą metę było męczące. Nosiłam angielski jak parę nowych butów. Skrzypiały, uwierały, obcierały tu i ówdzie. Polski był parą ukochanych, miękkich kapci, które zakładałam z ulgą, które pozwalały odpocząć zmęczonym stopom.

Teraz kapcie zakładam zasadniczo na mniej więcej półtorej godziny tygodniowo - skype'owe rozmowy z Rodziną. W ostatnich tygodniach zdarza mi się po nie sięgać nieco częściej. W mojej Jednostce Badawczej pojawiło się kilka sympatycznych osób z Polski. Po polsku bardzo dobrze mówi także jeden z pracowników biblioteki. W rozmowach z nim jednak sama często przechodzę na angielski. Dlaczego? Bo mówienie po angielsku w amerykańskim kontekście przychodzi mi znacznie naturalniej.

Mówienie po polsku stało się z czasem czymś dziwnym. Stare kapcie przestały być zawsze wygodne. Nowe buty dopasowały się do stóp i można w nich maszerować na długich dystansach bez ryzyka obtarć i bąbli.

Jasna sprawa - to się nazywa "total immersion" i nie bez powodu uważane jest za najlepszą metodę uczenia się nowego języka.

W moim przypadku to nawet więcej niż "total immersion". Raczej "totally total immersion". Niemal wszyscy Polacy, których tutaj poznałam, przyjechali do Stanów z partnerami lub po jakimś czasie związali się z innymi Polakami. W ich przypadku zatem "total immersion" nie jest tak naprawdę "total". W domu funkcjonują bowiem w języku polskim. Angielski jest językiem rzeczywistości zewnętrznej, językiem pracy, ulicy, mediów. Nie jest jednak językiem, w którym komunikują się z najbliższymi osobami. Ta językowa podwójność prowadzi do owych serdecznie obśmiewanych pokrak językowych w rodzaju samochodów zaparkowanych na kornerach.

Dla mnie angielska rzeczywistość językowa jest niemal totalna. Gdy wyjadę z Waszyngtonu pod koniec tego miesiąca, zniknie z horyzontu tych kilka osób, z którymi rozmawiam tutaj po polsku i kontakt z tym językiem będę miała ponownie tylko w czasie weekendowych pogaduszek z Rodziną. Znowu będzie to jedyny kontekst, w którym polszczyzna będzie brzmiała naturalnie, choć obawiam się, że i tutaj z czasem coraz częściej będę się potykać o przychodzące do głowy w pierwszym momencie słowa angielskie.

Wiem, że to skądinąd zrozumiałe zjawisko. Z drugiej strony wydaje mi się jednak jakoś dziwne i nieco niepokojące. Co będzie za parę lat?

PS: Dodam, że problemy z ojczyzną-polszczyzną, są jedną z przyczyn okresów ciszy na tym blogu.

Poczucie bezpieczeństwa

Podobno kobiety bardzo się wzruszają na widok mężczyzn z dziećmi w objęciach. Cóż, ja też się wzruszyłam. Scenka wydała mi się pełna uroku.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Niespodzianka w szafce

Chciałam sobie tylko zrobić herbatę...

tea time

piątek, 21 sierpnia 2009
Chodząc po ulicach Brooklynu

Chodząc po ulicach Brooklynu w niemiłosiernie piękne i słoneczne dni doskonale mogłam zrozumieć, jak to przyjemnie usiąść sobie w cieniu i spokojnie zapalić papierosa...

woman

środa, 19 sierpnia 2009
Turbany na głowach

Pisałam w przeszłości o kwestii zakrywania włosów. Podczas kilkudniowej wizyty w Nowym Jorku miałam okazję napatrzeć się na ortodoksyjne i ultraortodoksyjne Żydówki starannie chowające włosy pod mało twarzowym nakryciem głowy.

Te akurat panie są chasydkami, należą do ultraortodoksyjnej chasydzkiej grupy Satmar. Południowo-zachodnia część stanowiącego fragment Brooklynu Williamsburga to miejsce, w którym chasydzi Satmar zdecydowali się zapuścić korzenie.

Widok, powiem szczerze, jest dość przygnębiający. Dziwne turbany na głowach, prawdopodobnie głowach ogolonych, wyglądają, moim zdaniem, wyjątkowo smutno. Nie wiem, jakiej dokładnie tkaniny używa się do wykonania tych turbanów, ale z bliska podobna jest ona do ręcznika.

Kobiety na zdjęciu ubrane są w zgodzie z regułami cnijut czyli skromności. Wszystko zakryte. Długie rękawy, długie suknie lub spódnice, żadnych dekoltów, rajstopy pomimo letniego skwaru. A wszystko to, jak pisałam wcześniej, po to, by nie rozpraszać męskiej koncentracji. Biedni mężczyźni, których umysły są tak słabe, iż ich myśli ulegają natychmiastowemu rozproszeniu na widok najmniejszego fragmentu kobiecego ciała... Pewnie, lepiej - bo bezpieczniej - patrzeć na turbany...

14:37, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (10) »
piątek, 07 sierpnia 2009
Narodziny gwiazdy

the miracle of transformation

Narodziny tej oto zielonej piękności miałam okazję oglądać wczoraj w późnych godzinach nocnych na werandzie znajomych w Silver Spring, MD (to przedmieścia Waszyngtonu, podobnie jak Arlington, w którym mieszkam).

Zastanawiałyśmy się z Karen długą chwilę nad imieniem i płcią zielonego stworzenia, które kojarzyło mi się z jakimś migotliwym kamieniem szlachetnym. Z początku obstawałam przy czymś z niemieckiego - jakaś Hildegarda czy coś w tym rodzaju. Sprawę płci rozstrzygnęłam bowiem tyleż szybko, co zupełnie arbitralnie - nie mam zielonego pojęcia czym pan cykada różni się od pani cykady. Po konsultacjach zdecydowałam się w końcu podzielić z domniemaną panią cykadą moim własnym imieniem hebrajskim.

Na zdjęciu widzicie zatem Awital, która wczorajszej nocy zdecydowała się wyleźć ze swojej brązowej skorupki. (Notabene: czy ktoś wie, jak ta skorupka nazywa się po polsku? Po angielsku ma bardzo ładną nazwę - exoskeleton.) Nie sprawiała na nas wrażenia przejętej wzbudzonym przez siebie zainteresowaniem. Łypała na nas jedynie swoimi zielonymi, nieco wybałuszonymi oczami.

środa, 05 sierpnia 2009
Śniadanie

don't worry, be happy

Podobno trzeba je jeść...

PS: mam nadzieję, że wybaczycie mi fakt, że ostatnio łatwiej mi przychodzi komunikować się ze światem za pomocą obrazów niż za pomocą słów. Staram się zrozumieć, dlaczego tak jest, ale jeszcze nie udało mi się osiągnąć satysfakcjonującej jasności

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42