Ponownie na Midweście
wtorek, 04 sierpnia 2009
Patrzcie do góry

Patrzcie do góry niekoniecznie w poszukiwaniu Absolutu pomiędzy chmurami. Patrzcie do góry niekoniecznie po to, by dostrzec niebo gwiaździste nad sobą (a w sobie prawo moralne, rzecz jasna). I nie po to, by przerazić się pustką nieskończonych przestrzeni.

Patrzcie nieco niżej - na dachy i sufity, bo te bywają naprawdę fascynujące.

Exemplum 1:

no perspectives?

Sufity stacji waszyngtońskiego metra są dla mnie nieustannym źródłem fascynacji. Tu akurat jest sufit nowszego typu, jeśli można się tak wyrazić. Moim zdaniem równie ciekawy, jak ten starszego typu, który zobaczyć można na wcześniejszych zdjęciach.

Exemplum 2:

flexibility

To dach National Portrait Gallery w Waszyngtonie, a dokładniej dach przykrywający wewnętrzny dziedziniec w tym gmachu. Bardzo lubię sobie posiedzieć na tym dziedzincu i patrzeć jak zmieniające się światło przefiltrowane przez powyginany dach rzuca rozmaite cienie na ściany.

Exemplum 3:

rooftops

To dachy domów w okolicach 1. ulicy. Okolica podobno bywa niebezpieczna, z pewnością bardziej niż w innych częściach miasta widać w niej skutki ekonomicznej recesji. Widać biedę i zaniedbanie, krótko mówiąc. Widać bezrobotnych przesiadujących bez celu przed domami. Ale widać również szeregi zupełnie fantastycznych dachów.

sobota, 01 sierpnia 2009
Czy ja chcę odbudowy Świątyni?

Wczoraj nie mogłam się doczekać wieczora - i to takiego późniejszego wieczora, a dokładniej godziny 21:00. O tej godzinie bowiem kończył się związany z Tisza be'Aw zupełny post.

Sam post nie jest dla mnie jakimś strasznym problemem. Bez jedzenia da się wytrzymać od zachodu do zachodu słońca. Bez picia jest nieco trudniej, ale i to daje się znieść. Ja mam z Tisza be'Aw inny problem.

Wspomniałam o tym dwa lata temu przy tej samej okazji (swoją drogą to przerażające, jak ten czas leci) i zdania nie zmieniłam: Tisza be'Aw to rocznica zburzenia obu jerozolimskich Świątyń - pierwszej i drugiej. Wedle tradycji inne tragedie spadały na naród żydowski tego dnia. Jest o czym pamiętać, jest co opłakiwać. Ale z drugiej strony faktem pozostaje, że być może gdyby Świątynia nie została zburzona, nie powstałby judaizm - religia, którą wybrałam.

Zawsze mam ten problem w Tisza be'Aw...

Inne pytanie, które zadaję sobie tego dnia jest takie - czy ja naprawdę chcę odbudowania Światyni? Czy chcę powrotu świątynnego kultu ze składaniem ofiar ze zwierząt? Czy chcę, aby judaizm na nowo stał się religią z jednym centrum - duchowym i geograficznym zarazem? Czy wierzę w to, że Bogu potrzebne jest jakieś jedno, konkretne miejsce na ziemi?

Reformowany judaizm przez pewien czas swojego istnienia był daleki od idei powrotu Żydów do Ziemi Obiecanej. Zarówno ziemia obiecana, jak i era mesjańska przeniosły się w wymiar moralny. Nie chodziło już o powrót Żydów w konkretne miejsce ani o odbudowę politycznej suwerenności. Chodziło o doskonalenie etyczne - Żydów i całego świata. Jednym ze sposobów wyrazu tego poglądu stało się zastosowanie słowa "świątynia" do każdej synagogi - każda synagoga stała się w pewnym sensie Świątynią. Do dziś wielu amerykańskich Żydów używa słowa "temple", gdy mówią o swojej synagodze.

Światynia, mówi tradycja, ma zostać odbudowana z przyjściem Mesjasza. Może kult świątynny nie będzie już wtedy potrzebny? Może nie mam się tak naprawdę o co martwić?

Choć martwię się o jeszcze jedną rzecz - nie chcę odbudowy Świątyni, jeśli miałoby to oznaczać zburzenie stojących w jej miejscu świątyń muzułmańskich, Kopuły na Skale i Meczetu al-Aksa. Wzgórze Świątynne - Har Ha-Bait - zwane jest także Al-Haram al-Szarif. Kto ma zdecydować, która nazwa jest bardziej "prawdziwa"? Kto ma zdecydować, czyja świątynia powinna tam stać?

Ale znowu - może nie ma się o co martwić. Może kiedy przyjdzie Mesjasz religijne różnice pomiędzy nami nie będą już miały znaczenia.

Szabat szalom.

00:46, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (2) »
środa, 29 lipca 2009
Kocham to metro

Z czasem stałam się wielką fanką waszyngtońskiego metra. Nie jest tak rozbudowane jak nowojorskie ani tak piękne jak moskiewskie, ale ma swój niezaprzeczalny wdzięk, przynajmniej w moich oczach.

Orange Line to Vienna

Z próbą uchwycenia części tego wdzięku na zdjęciach musiałam poczekać do chwili, w której dotarł do mnie mój nowy Canon Rebel T1i. Kochany skądinąd Kodak nie sprawdzał się w nieco mrocznych podziemiach.

its coming

Z nowym aparatem mogę tam poszaleć. Przynajmniej zasadniczo rzecz biorąc. W praktyce bywa różnie. W ostatnich dniach upiorne zupełnie upały połączone z makabryczną wilgotnością i brakiem klimatyzacji na stacjach skutecznie zniechęcają mnie do tego, by być tam dłużej niż to niezbędnie konieczne.

it's arrived

Liczę jednak na zmianę pogody, a wraz z nią na okazję do nowych ujęć.

get in everybody

środa, 22 lipca 2009
Uśmiech, którego już nie ma

Ogromnie przygnębiła mnie wiadomość o śmierci Leszka Kołakowskiego. Co za feralny rok, pomyślałam, stwierdzając równocześnie ze zgrozą, że upłynęła zaledwie jego połowa. Jak tak dalej pójdzie...

Oczywiście dalej tak nie pójdzie, bo Leszek Kołakowski był jeden i jak każdy z nas umrzeć mógł tylko jeden raz, swoją własną śmiercią. Nie czytałam doniesień prasowych, więc nie wiem, czy cokolwiek o okolicznościach śmierci Profesora wiadomo. Niewiedza pozwala mi mieć nadzieję, że umarł spokojnie i bez bólu. Może po prostu zasnął, by się już nie obudzić.

Kołakowski przyjeżdżał czasem do Warszawy prowadzić zajęcia. Chodziłam bodaj na dwa jego cykle wykładów - szczególnie ciekawy dla mnie był ten poświęcony relacjom pomiędzy rozumem a wiarą - oraz na seminarium o Leibnizu, podczas którego studiowaliśmy zdanie po zdaniu "Monadologię".

Na seminarium co jakiś czas pojawiali się różni profesorowie, którzy albo Kołakowskiego znali albo bardzo chcieli go poznać. Niejednokrotnie byliśmy świadkami dość żenujących czasem podrygów i towarzysko-intelektualnych wygibasów, którymi profesorowie owi starali się zwrócić na siebie uwagę Kołakowskiego. Sprawiało to raczej przykre wrażenie. Nie wiem, jaki stosunek miał do tego Kołakowski, ale często wydawał się nieco zażenowany. Pamiętam, że kilka razy zwracał nam uwagę, by nie tytułować go profesorem - w Oksfordzie ponoć nie było takiego obyczaju.

Któregoś razu po jednym z wykładów zebrałam się na odwagę i zapytałam go o coś. O co - tego nie pamiętam. Kołakowski uśmiechnął się tym swoim uroczym, odrobinę jakby nieśmiałym uśmiechem i powiedział, żebym przyszła za pół godziny do Katedry Erazma z Rotterdamu, gdzie, jak się okazało, profesor spędzał trochę czasu po wykładach, spotykając się z zainteresowanymi studentami. Stawiłam się na miejscu rzecz jasna punktualnie, z duszą gdzieś w okolicach pięt.

Dziury w pamięci. Nie pamiętam, o czym żeśmy rozmawiali. Prawdopodobnie dlatego, że byłam pod zbyt wielkim wrażeniem samego faktu rozmowy z Leszkiem Kołakowskim. Niewykluczone, że rozmawialiśmy o Unamuno, którego pesymizm był mi jakoś w tamtym okresie bardzo bliski (na tyle bliski, żeby się nauczyć hiszpańskiego i czytać go w oryginale).

Pamiętam za to doskonale, jaki był podczas tej rozmowy Kołakowski. Ogromnie uprzejmy. Bez najmniejszego nawet śladu poczucia wyższości. Bez najmniejszej potrzeby pokazania studentowi "gdzie jego miejsce", co przecież tak często się zdarza profesorom. Słuchał uważnie, odpowiadał równie uważnie. Żartował ze smakiem i lekką ironią. Taki prawdziwy gentleman starej daty, pomyślałam sobie. Jeden z nielicznych jeszcze żyjących przedstawicieli wymierającego gatunku.

Potem zaprosił mnie na kawę. Chyba nigdy wcześniej w kawiarni Nowy Świat nie spotkałam się z tak szybką obsługą.

Od tamtego dnia Kołakowski zawsze witał mnie z uśmiechem. Nawet kiedy po roku czy może dwóch latach spotkałam go na Targach Książki w Warszawie. Najwyraźniej miał dobrą pamięć.

To smutne, że odszedł. Zwyczajnie i szaro smutne. Pozostają teksty, to prawda. Ale uśmiechu już nie ma.

piątek, 17 lipca 2009
Powitanie

Cudze wspomnienia często prowokują nasze własne do wyruszenia w drogę ku powierzchni świadomości. Czytam właśnie autobiograficzny manuskrypt autorstwa nowego znajomego - urodzonego w Kalkucie, zakochanego w Wittgensteinie lingwisty, który zapytany kiedyś, czy chciałby przejść konwersję na judaizm, odpowiedział, że nie ponieważ już czuje się Żydem.

Wspomnienia R. poruszyły moje zasoby pamięci. Pamięć jednak chodzi dziwnymi drogami będąc instrumentem tyleż fantastycznym co zawodnym i czasem zupełnie niezrozumiałym.

Przypomniała mi się ta oto sytuacja: dwa lub trzy dni po pogrzebie mojego Ojca przyszłam do warszawskiej synagogi Nożyków. Byłam umówiona z rabinem Schudrichem, którego dawno nie miałam okazji widzieć. Chciałam także powiedzieć kadisz podczas wieczornego nabożeństwa. Do synagogi przyszłam razem z Bratem, który chciał być ze mną w tak ważnym i trudnym zarazem momencie. To była jego pierwsza wizyta w synagodze. Nie wiedział, gdzie wejść, gdzie pójść, gdzie usiąść... Znalazłam dla niego kipę, weszliśmy razem do sali nabożeństw. Brat zaczął z ciekawością rozglądać się po wnętrzu przyciszonym głosem zadając mi różne pytania.

Po chwili do sali wszedł rabin. Podszedł do nas, przedstawiłam Brata, uścisnęli sobie dłonie, rabin wyraził żal z powodu śmierci naszego Ojca. Nie ten gest jednak - dość konwencjonalny w końcu - szczególnie zapadł mi w pamięci.

Zostawiłam Brata w dolnej sali synagogi i weszłam na babiniec. Spoglądając na salę z góry zobaczyłam, że rabin podchodzi do stojącego w rogu regału, sięga po jeden z leżących tam modlitewników, po czym idzie do mojego Brata siedzącego skromnie w ostatnim rzędzie. Rabin podał mu modlitewnik otwarty na odpowiedniej stronie.

Ten gest zrobił na mnie wrażenie. Gdyby tak nie było, prawdopodobnie zatarłby się kompletnie w mojej pamięci. To był bardzo trudny tydzień. Pełen smutnych i bolesnych momentów. A pośród nich ta prosta sytuacja - powitanie nie-Żyda w synagodze przez rabina. Powitanie bez żadnych pytań. Powitanie z otwartym modlitewnikiem.

Powinniśmy tak witać każdego.

01:13, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »
środa, 13 maja 2009
Straszni sprzedawcy

Lubię mieć do czynienia z uprzejmą i pomocną obsługą w sklepach czy restauracjach. Lubię, na przykład, gdy kompetentny sprzedawca w sklepie z elektroniką pomoże mi znaleźć w gąszczu produktów ten jeden, którego akurat szukam i jeszcze dokładnie wyjaśni różnice pomiędzy nim a podobnym, ale sporo droższym. Lubię, gdy w restauracji kelnerka spyta czy "everything alright?", nawet jeśli udzielenie odpowiedzi wymaga ode mnie gwałtownego przełknięcia, które grozi zaksztuszeniem. Lubię, gdy sprzedawczyni w sklepie spyta z uśmiechem "how are you?", nawet jeśli wiem, że naprawdę kompletnie jej to nie obchodzi. Wiadomo - chodzi o pieniądze. Ale jak słusznie zauważyła Znajoma Osoba - oczywiście, że chodzi o pieniądze, ale może być bardziej lub mniej miło.

Całkiem mniej miło robi się jednak, gdy klienta osaczają sprzedawcy-potwory. Sprzedawca-potwór dopada klienta, gdy tylko ten - nieświadom zagrożenia - przekroczy próg sklepu. I koniec. Przepadło. Od sprzedawcy-potwora nie da się uciec. Śledzi każdy twój krok, dyszy ci w kark, ględzi nieustannie, podtyka pod nos wszystko, co mu w ręce wpadnie i nie popuści do chwili, w której triumfalnie - niczym dzielny pies myśliwski z upolowaną zwierzyną w pysku - nie zaciągnie klienta obarczonego furą chcianych i niechcianych zakupów do punktu docelowego czyli do kasy.

Wczoraj dopadło mnie stado takich sprzedawczyń w sklepie Victoria Secret. Zapowiadało się niewinnie. Pani podeszła, uśmiechnęła się, spytała "how are you?" oraz czego szukam. Tak, tak, oczywiście, mamy jak najbardziej! Może przejdzie pani do przymierzalni, a my tam przyniesiemy pani różne modele, będzie mogła pani przymierzyć, tak będzie wygodniej, nie będzie się pani męczyć... Gładki słowotok spowodował, że w głowie zapaliła mi się ostrzegawcza żarówka - uciekaj, póki możesz, wyszeptał wewnętrzy głos. Na mojej twarzy najwyraźniej pojawiło się jakieś echo tego głosu, ponieważ sprzedawczyni coraz bardziej stanowczo zaczęła mnie zachęcać do pójścia do przymierzalni. W międzyczasie zgarnęła już kilka staników, które jej zdaniem powinnam przymierzyć. Coś w jej oczach powiedziało mi, że jeszcze chwila, a złapie mnie za kołnierz, siłą zaciągnie do przymierzalni, zerwie ze mnie ubrania i... nie, niestety nie zacznie mnie namiętnie całować, a raczej wciskać moje piersi w kolejne modele biustonoszy.

Jakoś urwałam się tej pani. Spokojnie przeglądam sobie bieliznę, ale spokój nie trwa długo. Podchodzi kolejna pani i informuje mnie o dzisiejszych promocjach. Ok, kiwam głową. Niestety to nie jest dostatecznie entuzjastyczna reakcja. Pani prowadzi mnie do wyłożonych na stole skądinąd ładnych koronkowych fintifluszków i niemal wsadza w nie mój nos. A tu obok są także staniki! - zachęca głosem, w którym czai się groźba - a spróbuj tylko czegoś nie kupić.

Potem kolejna pani. Czy obejrzała pani nasze promocje? A może chciałaby pani coś przymierzyć? Bardzo proszę do przymierzalni... Przymierzę, jak będę miała ochotę - warczę pod nosem, bo zaczynają mi sie wyczerpywać zasoby cierpliwości. Pani nie dosłyszała. Stoi nadal koło mnie i uśmiecha się zachęcająco. Biedaczka najwyraźniej nie dostrzega, że grozi jej śmierć przez uduszenie.

Niewielką w sumie przestrzeń sklepu udaje mi się opuścić po jeszcze trzech utarczkach z uprzejmymi do obrzydliwości sprzedawczyniami. Wszystko na przestrzeni może 15 minut. Wychodzę z ulgą czując się jak zwierzyna, której jakimś cudem udało się uniknąć zastawionych wszędzie pułapek. Nigdy więcej Victoria Secret, postanawiam sobie stanowczo.

PS: Bywalców przepraszam za brak wpisów w ostatnim czasie. Okoliczności nie są sprzyjające.

środa, 29 kwietnia 2009
Waszyngtońskie Chinatown

Nie bywam w waszyngtońskim Chinatown zbyt często. Można tam owszem bardzo tanio zjeść, ale niestety dziwnym trafem wcale nie jest tam koszernie, a i dania wegetariańskie nie występują w obfitości. Warto tam jednak czasem zajrzeć i to wcale nie po to, aby zobaczyć jakiegoś Chińczyka.

Dla każdego, kto choć raz odwiedził największe poza Chinami Chinatown na świecie - nowojorskie rzecz jasna - wizyta w waszyngtońskim musi być wielkim rozczarowaniem. Rozczarowaniem, któremu będzie towarzyszyć poczucie dziwnej schizofrenii.

Wysiadającego na stacji metra Gallery Place - Chinatown powita widok taki oto:


To coś, to łuk przyjaźni - znak siostrzanej relacji pomiędzy Waszyngtonem a Pekinem. Łuk zaprojektował Alfred H. Liu. Kosztowało to dzieło milion dolarów, a odsłonięte zostało w 1986 roku. Mam wątpliwości co do tego, czy warto było na łuk wydać takie ciężkie pieniądze, ale powiedzmy, że po prostu nie jestem fanką tego typu architektury.

Łuk w każdym razie jest. W przeciwieństwie do Chińczyków. W waszyngtońskim Chinatown od dawna ich nie ma. Pojawili się w okolicy w latach 30, gdy budowa gmachów rządowych wygoniła ich z rejonu Pennsylvania Avenue. Ciosem dla Chinatown - i wielu innych dzielnic Waszyngtonu - były zamieszki, które wybuchły w mieście w kwietniu 1968 po zabójstwie Martina Luthera Kinga. Chinatown zostało zdewastowane i zrujnowane. Mieszkańcy postanowili się wyprowadzić. Wyprowadzili się na znacznie spokojniejsze i bezpieczniejsze przedmieścia, śladem wszystkich innych mniejszości, które spokojnie się asymilują i powoli zaczynają wspinać po społecznej drabinie ogólnej zasobności.

Kiedy postanowiono Łuk Przyjaźni Chińczyków w Chinatown już praktycznie nie było. Samo serce dzielnicy zniszczono dziesięć lat później, aby w miejscu niewielkich kamienić postawić wielką halę znaną dziś jako Verizon Center - miejsce, w którym grają m.in. hokeiści z Washington Capitals oraz koszykarze z Washington Wizards.

Dziś Chinatown to praktycznie jedno skrzyżowanie. Plącze się po nim mnóstwo ludzi, to fakt. Głównie turystów, których zapraszają serdecznie liczne restauracje, z których wiele nie ma z Chinami nic wspólnego. Jest także ok. 20 podobno restauracji azjatyckich, niektóre z nich malutkie, jakby nieco wstydliwie wciśnięte w piwnice. Na przystankach autobusowych poza turystami widzi się główie Afroamerykanów. Wielu z nich nie wygląda na zasobnych, oględnie rzecz ujmując.

Skąd zaś wrażenie lekkiej schizofreniczności tego miejsca? Ktoś otóż wpadł kiedyś na pomysł światły bardzo, by rewitalizację chińskiej dzielnicy wesprzeć lokalną legislacją dotyczą tego, w jakich językach w Chinatown mają być eksponowane publicznie napisy. Efekt jest co najmniej ciekawy:


Co ma sens w realnie chińskim Chinatown w Nowym Jorku wydaje się kompletnie absurdalne w Waszyngtonie. Kto u licha ma czytać te napisy? Światli legislatorzy wiedzą jednak lepiej.

W ostatnich latach w Chinatown rozkwitł biznes transportowy. To nowa atrakcja dzielnicy. Z Chinatown można prywatnymi autobusami za bardzo przystępną cenę pojechać między innymi do Nowego Jorku. Cena za przejazd w obie strony ma się do ceny oferowanej przez kolej (nie mówiąc o liniach lotniczych) mniej więcej tak samo, jak w Polsce cena obiadu w chińskim barze do tej w porządnej restauracji. Trudno się dziwić, że Chinatown Bus zrobiły się szybko ogromnie popularne. Sama zamierzam z jednego z nich skorzystać jakiegoś pięknego dnia, kiedy wolnego czasu nabiera się dość, by ponownie odwiedzić Nowy Jork i prawdziwe Chinatown.

niedziela, 19 kwietnia 2009
Z dziennika podróży idiotki

Nadeszła pora na pełne, jak to mawiają tutaj, disclosure, czyli odsłonę faktów. Po kilku latach funkcjonowania w cyberprzestrzeni za pośrednictwem tego bloga czas na to, byście wiedzieli, Drodzy Czytelnicy, z kim macie do czynienia. A macie do czynienia z idiotką.

Do tak sformułowanej samooceny zmusiły mnie następujące okoliczności: siedzę na wózku bagażowym nieopodal jednego z wejść do terminalu lotniska Washington Dulles. Wózek jest zupełnie niezłym miejscem do siedzenia, stwierdzam, choć nieco mi już zdrętwiały podkurczone nogi, na których trzymam otwartego laptopa. Obok podkurczonych nóg stoi sobie kubek z kawą. Pod ręką mam także paczkę papierosów oraz zapalniczkę. Czułabym się całkiem swojsko, gdyby nie to, że na moją skromnie koczującą na wózku osobę czasem dziwnie zerkają przechodzący funkcjonariusze policji i lotniskowych służb porządkowych. Jeden z nich nawet spytał mnie uprzejmie, czy przypadkiem niczego mi nie potrzeba. O mało nie odpowiedziałam spontanicznie - owszem, rozumu!

Bliski kontakt z wózkiem bagażowym jest bowiem prostą konsekwencją braku tegoż. Kupiłam sobie parę dni temu bilet na lot do Indianapolis. Wylot w niedzielę o 10:15. Wstałam przed świtaniem, gdyż dojazd do lotniska Dulles wymaga czasu (pod tym względem jest to zupełnie fatalne lotnisko). Podjechałam opustoszałym metrem (kto jeździ metrem w niedzielę o tak wczesnej porze?) do jeszcze bardziej opustoszałego autobusu, który całkiem szybko jechał autostradą w stronę lotniska. Dojechałam na czas, jak mi się zdawało.

Problemy zaczęły się przy check-in. Względnie przyjazna zwykle maszyna do samodzielnego przeprowadzenia tej operacji z uporem powtarzała mi, że nie mogę nadać bagażu wcześniej niż na cztery godziny przed odlotem. Popatrzyłam na zegarek - jakie cztery godziny, skoro odlatuję za mniej niż półtorej? Z pomocą przyszła mi pani z obsługi United Airlines. Ależ pani ma lot o 10:15 pm! - powiedziała, a mi odebrało mowę.

Pani miała rację, oczywiście. Na rezerwacji jak drut jest napisane 10:15 pm. Dobrze, że choć dzień się zgadza...

Uprzejma pani wpisała mnie na listę pasażerów, którzy będą próbowali się wepchnąć na pokład samolotu lecącego do Indianapolis koło południa. Samolot jest mały, osób z nadzieją na łut szczęścia jeszcze dwie, więc szanse są dość ograniczone. Następna możliwość do lot gdzieś koło piątej popołudniu. W najgorszym zaś razie czeka mnie czekanie do późnych godzin nocnych.

W tej sytuacji zarówno zaprzyjaźnienie się z wózkiem bagażowym, jak i krytyczna samoocena, wydały mi się jak najbardziej na miejscu.

Zastanawiam się, czy mam jakieś inne wytłumaczenie dla wyraźnych przejawów umysłowego otępienia. Przed laty złapał mnie w warszawskim tramwaju kontroler biletów. Nie miałam przy sobie żadnych dokumentów. Gdy w odpowiedzi na pytanie, gdzie studiuję, usłyszał, że w Instytucie Filozofii, pokiwał głową z politowaniem i westchnął: "filozof..." Nie wypisał mandatu.

Może i tym razem powinnam sobie westchnąć w duchu "filozofka"... Diogenes miał swoją beczkę, ja mam nie swój wózek bagażowy.

czwartek, 16 kwietnia 2009
Pożegnanie z macą

"Przez siedem dni będziecie jedli mace..."

Szemot 12:15

Siedem dni jedzenia macy dobiega końca.

Symbolika macy i chamecu jest bardzo bogata, a niemal każde pokolenie nadaje jednemu i drugiemu kolejne znaczenia. Podstawowe wymiary pozostają jednak bez zmian (inaczej tradycja zapewne nie byłaby tradycją).

Podczas pesachowego sederu najmłodszy jego uczestnik zadaje cztery pytania. Jedno z nich dotyczy właśnie macy:

Ma nisztana halajla haze? Szebechol haleilot anu ochlin chomec umaca. Halaila haze kulo maca.

Czym różni się ta noc od wszystkich nocy? [Dlaczego] każdej nocy jemy chamec i macę, a tej nocy tylko macę?

Odpowiedź zasadnicza jest zawarta w tekście hagady - opowieści o wyjściu z Egiptu. Prowadzący seder w pewnym momencie pokazuje zebranym przy stole macę i mówi:

Dlaczego jemy macę? Bo ciasto, które przygotowywali nasi przodkowie, nie zdążyło wyrosnąć, gdy Król królów, Święty, niech będzie błogosławiony, objawił się im i wybawił ich, jak jest napisane: "Z ciasta, które wynieśli z Egiptu, upiekli niewyrośnięte placki [mace], bo się nie zakwasiło, gdyż nagleni do wyjścia z Egiptu nie mogli zwlekać i nie przygotowali zapasów żywności.

Hagada na Pesach

Macę jemy więc zasadniczo na pamiątkę dawnego wydarzenia, jednego z wydarzeń, które ukonstytuowało żydowską religię i żydowski naród. Nie jest to jednak wyłącznie zabieg mnemotechniczny. Jak mówi nam hagada, każdy Żyd ma postrzegać siebie tak, jak gdyby to on wyszedł z Egiptu. Nie chodzi zatem tylko o pamięć, ale i o reaktualizację mitu - każdy uczestnik pesachowego sederu ma uczynić siebie jego częścią.

Pojawiło się pytanie o to, czy maca nie jest aby chamecem. Na wszelki wypadek wyjaśnię tę kwestię tutaj.

Otóż nie, maca stanowczo chamecem nie jest, choć jest zrobiona z mąki i wody. W robieniu macy liczy się czas. Maca musi być gotowa w mniej niż 18 minut. Nie więcej niż 18 minut może upłynąć od momentu połączenia mąki z wodą, do momentu wyjęcia z pieca gotowej macy. Inaczej zamiast koszernej na Pesach macy mamy całkiem niekoszerny na Pesach chamec.

Za macą nie przepadam, więc bez szczególnego żalu pożegnam się z jedzeniem jej w większych ilościach niż dwa płatki, których zwykle używam w piątkowe wieczory zamiast tradycyjnej szabatowej chałki. Ściśle rzecz biorąc jestem chwilowo tak przesycona macą, że jutro z pewnością użyję czegoś innego.

Nie ukrywam także, że z przyjemnością powitam na nowo w mojej diecie chamec w całym bogactwie jego form i smaków. Może na obiad zjem ryż z makaronem zagryzając je chlebem?

Zanim jednak nadejdzie ten miły moment, trzeba się pożegnać z macą. Tym razem - na osłodę - specjalna, jak najbardziej koszerna - maca w czekoladzie:


19:59, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (10) »
środa, 08 kwietnia 2009
Pesachowa gotowość bojowa

Stoczyłam przedświąteczną batalię z chamecem. Chamec został otoczony, odizolowany, stłamszony i usunięty z pola widzenia. Skapitulował, bo co miał biedak począć. Zasadniczo mam do chamecu stosunek pozytywny - płatki śniadaniowe! - ale nie jestem do niego przesadnie przywiązana. Gorzej, gdy przychodzi do pożegnania się z kitnijot. W tym smutnym momencie zawsze ogarnia mnie żal, że nie mam męża Sefardyjczyka.

Kitnijot to między innymi ryż, kukurydza, soczewica, fasola, proso, soja, groszek, sezam, mak. Żaden z tych produktów nie jest chamecem - nie zaczyna fermentować po 18 minutach kontaktu z wodą - ale wszystkie są w tradycji aszkenazyjskiej zakazane.

Zakaz wiąże się z tzw. budowaniem ogrodzenia wokół Tory. Chodzi mianowicie o to, by zminimalizować możliwość niezamierzonego przekroczenia zakazu.

Średniowieczni rabini rozumowali w sposób następujący - produkty z kitnijot bywają trudne do rozróżnienia od tych z chamecu lub zawierających chamec. Jak na przykład odróżnić mąkę z ryżu od mąki z pszenicy? Dodatkowo, sądził rabin Josef Karo, chamec może przypadkiem wymieszać się z kitnijot. Lepiej zatem, na wszelki wypadek, zakazać jedzenia kitnijot i produktów pochodnych.

Żydzi sefardyjscy nigdy nie przyjęli tego zakazu. Mogą zatem spokojnie objadać się w Pesach fasolą i ryżem. Stąd westchnienie pod adresem nieistniejącego męża sefardyjczyka - w judaizmie żona przejmuje tradycje rodziny męża (czego innego spodziewać się po patrialchalnej religii).

Kitnijot można - w odróżnieniu od chamecu - w Pesach posiadać. Nie trzeba ich wyrzucać czy sprzedawać, wystarczy odizolować.

Chowając wszystkie kitnijotowe produkty zaczęłam się martwić, że czeka mnie w Pesach śmierć głodowa. Znaczna część mojej diety opiera się na rzeczach w Pesach zakazanych.

Od wiszącej nade mną grozy uratowała mnie Sporothrix z Mężem - zawieźli mnie do znajdującego się na przedmieściach Waszyngtonu koszernego supermarketu, w którym tłum kłębił się pomiędzy półkami zapchanymi produkatami koszernymi na Pesach. Czegóż tam nie było!

Najbardziej ucieszył mnie makaron. Makaron koszerny na Pesach? Makaron bezchamecowy? Oczywiście - od czego jest mąka ziemniaczana i jajka! Z mąki ziemniaczanej, jak się okazuje, można zrobić wszystko. Mam więc i makaron, i śniadaniowe chrupki:

Da się przeżyć. Szkoda tylko, że wszystkie produkty koszer le Pesach są takie drogie...

17:55, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (16) »