Ponownie na Midweście
wtorek, 27 lipca 2010
Po dwóch latach

W ostatni szabat przypadła druga rocznica mojej konwersji na judaizm. Sporo o tym myślałam zarówno w piątek, jak i w sobotę. W niedzielę spadły mi na głowę najrozmaitsze rzeczy (na szczęście nie cegły), które zakłóciły, a potem skutecznie zagłuszyły głębszą refleksję nad tą moją drogą.

Co się zmieniło i czy cokolwiek się tak naprawdę zmieniło, zastanawiałam się w piątkowe popołudnie w drodze do sklepu spożywczego. Czy cokolwiek zmieniło się we mnie?

Chyba niewiele, doszłam do wniosku w drodze powrotnej. Być może ciężkie siatki z zakupami przywiodły mi na myśl porównanie do wstąpienia w związek małżeński, jak to się pięknie mówi.

Wyobraźmy sobie ludzi, którzy mieszkają razem już kilka lat. Znają się dosyć dobrze, choć naturalnie nie kompletnie, co nigdy nie jest możliwe. Kochają się. Stworzyli wspólną rzeczywistość. Z przyczyn obojętnie jakich postanawiają się pobrać, idą do urzędu stanu cywilnego, wychodzą z niego jako małżeństwo. Wracają do mieszkania, z którego wyszli. Wracają do życia, które i tak razem wiedli. Nic wielkiego się nie stało, bo i dlaczego miałoby się stać?

Może w przypadku konwersji na judaizm jest podobnie. Szok - pozytywny czy negatywny - jest wykluczony. Podobnie zaskoczenie. Nie następuje żadna wielka zmiana codzienności, ponieważ proces przygotowania do konwersji oznacza między innymi stopniowe owej codzienności zmienianie. Człowiek, który staje przed bejt dinem, a następnie zanurza się w mykwie, nie dokonuje żadnej rewolucji po wynurzeniu. Judaizm i Żydzi są już częścią jego rzeczywistości.

A co się zmieniło od dnia konwersji?

Nieco paradoksalnie być może zaczęłam rzadziej chodzić do synagogi. Dziwne to o tyle, że dopiero po konwersji stałam się pełnoprawnym (przynajmniej w synagogach nieortodoksyjnych) członkiem minjanu. Po konwersji zatem zyskałam możliwość pełnego uczestnictwa w nabożeństwach. Jak się jednak okazało uczestnictwo to nie wszystko, a nawet nie rzecz najważniejsza.

Wolę się modlić w samotności. Niewykluczone, że jest to konsekwencja chorobliwego indywidualizmu, który jest cechą mojej osobowości od wielu lat. Równie prawdopodobne jest i to, że modlitwa indywidualna bardziej mi odpowiada - przynajmniej aktualnie - ponieważ sama reguluję jej tempo i poprzez to również do pewnego stopnia charakter. Wspólne modlitwy w synagodze są często raczej szybkie, o czym wie każdy, kto w synagodze na nabożeństwie był. Kiedy modlę się sama, mogę czytać tekst powoli, w skupieniu, koncentrując się na znaczeniu (lub znaczeniach) każdego hebrajskiego słowa.

Nie bez znaczenia jest tu także lenistwo, nie będę ukrywać. Nie chce mi się wstawać wcześnie rano w sobotę, żeby dotrzeć do synagogi na 9:30. Jestem strasznym śpiochem.

Druga rzecz, która ulegała stopniowej zmianie przez ostatnie dwa lata, to mój stosunek do Izraela. Nigdy nie byłam w Izraelu zakochana, więc trudno mówić o zawiedzionej miłości. Izrael był i jest dla mnie ważny. Im więcej jednak wiem, tym wyraźniej widzę, że syjonizm - w tej formie, która okazała się zwycięska, bo syjonizmów było więcej niż jeden - jest ideologią przeszłości.

Co nawet gorsze - wydaje mi się, że straciłam nadzieję na to, że sytuacja izraelsko-palestyńska kiedykolwiek się unormuje. Czytanie wiadomości z Izraela stało się czymś na kształt codziennego wylewania na siebie lodowatej wody z wielkiego kubła. Czy nie lepiej więc dla własnego zdrowia psychicznego dać sobie spokój i zacząć czytać coś innego przy porannej kawie?

18:38, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (6) »
wtorek, 29 czerwca 2010
Dziś post

Dziś post. 17. miesiąca tamuz ustanowiono post w związku z rozmaitymi wydarzeniami, które spotkały naród żydowski tego właśnie dnia.

Wedle tradycji 17 tamuz Mosze rozbił kamienne tablice Przymierza. Może pamiętacie tę scenę - Mosze schodzi z wiadomej góry niosąc w rękach zapewne ciężkie tablice i widzi Izraelitów oddających cześć złotemu cielcowi. Proroka trafia szlag na ten widok, tablice uderzają o ziemię. I nie, nie chodzi o tę oto, niemniej słynną, scenę z filmu Mela Brooksa:

(Nie mogę się powstrzymać przed zamieszczeniem tego fragmentu tutaj, choć 17 tamuz to dzień smutny i okoliczność tym samym nie jest stosowna. Uwielbiam tę scenę.)

Inne tragiczne wydarzenie związane w tradycji z dniem 17 tamuz to zburzenie przez Rzymian murów Jerozolimy. Niebawem Rzymianie zniszczą również jerozolimską Świątynię.

Pościmy dziś zatem. Od wschodu do zachodu słońca.

Post nie jest celem samym w sobie. Nie chodzi o to, by się umartwiać w celu umartwiania się. Post ma być okazją do refleksji nad popełnionymi grzechami. Okazją do tego, by zastanowić się nad historią Przymierza i własnym w niej miejscem. Dzień postu jest czasem wyjętym z czasu, by tak rzec. Czasem odgrodzonym od normalnego upływu godzin, minut i dni i przeznaczonym na refleksję.

Niestety w moim przypadku post nie bardzo chce działać w ten sposób, co stwierdziłam już jakiś czas temu. Brak jedzenia nie ma na mnie specjalnie dramatycznego wpływu. Mogę nie jeść. Znacznie gorzej jest jednak z brakiem picia. Niestety, organizm domaga się wody i jej brak powoduje, że po kilku godzinach myśli z uporem powracają do wizji wysokiej szklanki po brzegi wypełnionej płynem. Szczególnie gdy temperatura na zewnątrz sięga 30 stopni, a słonce zajęte jest wypalaniem mojego mózgu z czaszki. Trudno jest mi w takich okolicznościach skupić się na czymkolwiek innym.

Niewykluczone jednak, że człowiek kompletnie zanurzony w modlitwie czy stanie medytacyjnym, jest zdolny stłumić prostą fizjologiczną potrzebę i zapomnieć o napojach na kilkanaście godzin. Ja niestety do takiej formy jeszcze nie doszłam. Może z czasem, kto wie.

19:13, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 01 lutego 2010
Jorcajt

Pierwsza rocznica śmierci wyznacza w judaizmie koniec okresu żałoby. Ale ta żałoba nigdy się nie skończy, myślałam, patrząc przez łzy na jorcajtową lampkę.

Zapalanie świeczki w rocznicę śmierci nie jest nakazem religijnym. To zwyczaj - minhag - który bardzo zakorzenił się w żydowskiej kulturze. Lampki nie stawia się na grobie. Zapalona stoi w domu i świecić ma przez pełną dobę. Migotliwy płomień ma przypominać o duszy zmarłego, zgodnie z wersem z Księgi Przysłów: "Dusza człowieka jest światłem Boga" (20:27)

Jorcajtową świeczkę zapala się w rocznicę śmierci wedle kalendarza żydowskiego. Jeśli ktoś zmarł, powiedzmy, 4 maja 1985 roku, świeczkę zapala się 13 dnia miesiąca ijar. Zapala się ją nie rano, tylko - znowu zgodnie z żydowskim kalendarzem, w którym dzień zaczyna się o zachodzie słońca - wieczorem dnia poprzedniego.

Zgodnie z tymi zasadami świeczkę powinnam zapalić 7 dnia miesiąca szwat czyli 22 stycznia. Mój Tata zmarł bowiem 1 lutego.

Tata nie był jednak Żydem. Dlatego postanowiłam jorcajtową lampkę zapalić dziś - nie wedle kaledarza żydowskiego tylko gregoriańskiego. Zapaliłam ją bardzo wcześnie rano, gdzieś koło godziny 5, gdy za oknem panowała jeszcze ciemność. W ostatnich latach Tata budził się tak wcześnie, ku ogromnej radości Jego Szczupłości, któremu ogromnie nudzi się, gdy wszyscy w domu śpią, zamiast poświęcać mu cały swój czas i uwagę. Dla kota pożytek ze śpiących ludzi jest, powiedzmy sobie szczerze, znikomy.

Jego Szczupłość przychodził do sypialni Rodziców jeszcze przed piątą. Najpierw czekał cierpliwie. Potem wskakiwał na łóżko i wnikliwie obserwował leżących czekając na jakiś ruch, który wskazywałby, że śpiący zbliżają się do chwili przebudzenia. Delikatnie podchodził do twarzy i - jak śmiał się Tata - sprawdzał, czy Tata oddycha. Kiedy wreszcie doczekał się momentu, w którym leniwa ludzka istota postanowiła wstać, radośnie dreptał do kuchni, gdzie razem z Tatą jedli sobie śniadanie.

Był chyba pierwszym, który wiedział, że Tata nie żyje. Choć zwykle niechętny i ostrożny wobec obcych nie odstąpił Taty na krok, gdy ludzie z pogotowia przeprowadzali reanimację. I w pewnym momencie, jak mówiła mi Mama, krzyknął. Wydał z siebie dźwięk, którego nigdy wcześniej nikt nie słyszał. Jak gdyby wiedział, że to serce zatrzymało się już na zawsze i wszelkie wysiłki lekarzy skazane są na niepowodzenie.

Nie wiem, w jaki sposób koty przeżywają swoje żałoby po odejściu osób, które stanowiły stały element otaczającej je rzeczywistości. Nie wiem, jak długo taka żałoba trwa. Może podobnie jak moja - trwa ona zawsze.

Stojąca obok laptopa na stole jorcajtowa lampka, zapalona 1 lutego, a nie 7 szwat, nie tylko przypomina mi o Tacie. Uświadamia mi także moje własne bycie na zawsze gdzieś pomiędzy - pomiędzy moją teraźniejszością a przeszłością, pomiędzy byciem Żydówką a nie byciem nią, pomiędzy dawnymi a nowymi obyczajami.

To prawda, że mogłabym przynajmniej spróbować z tego pomiędzy wyjść. Wiem, że niektórzy konwertyci tak robią - starają się na ile to możliwe odciąć od poprzedniego życia. Wydaje mi się to jednak nie tylko wysiłkiem kompletnie pozbawionym sensu, ale również zachowaniem zakłamującym rzeczywistość, także tę własną, wewnętrzną rzeczywistość. Bo przecież jestem tym, kim jestem, dlatego, że moja przeszłość była taka, a nie inna. Jestem osobą, jaką jestem, między innymi dlatego, że mój Tata był, kim był. I dlatego jorcajtowa świeczka płonie dziś, a nie 7 dnia miesiąca szwat.

19:22, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 stycznia 2010
"Pakt z diabłem" - Pat Robertson i teodycea

Pat Robertson to ogromnie barwna postać amerykańskiej sceny publicznej. Urodzony w 1930 roku założyciel Christian Broadcasting Network i przedstawiciel amerykańskiego bardzo konserwatywnego chrześcijaństwa opowiada światu o panu Bogu i Ewangelii za pośrednictwem telewicji. Dość regularnie staje się również przedmiotem większych i mniejszych kontrowersji, szczególnie kiedy w prowadzonym przez siebie programie 700 Club przedstawia milionom (wedle Wikipedii CBN nadawane jest dziś w 180 krajach) swoich zwolenników rozmaite interpretacje bieżących wydarzeń. Teraz postanowił powiedzieć coś na temat tragedii na Haiti.

Coś się wydarzyło dawno temu na Haiti i ludzie mogą nie chcieć o tym mówić. [Haitańczycy] Byli pod władzą Francuzów, wiesz, Napoleon III i ktoś tam. Zebrali się razem i zawarli pakt z diabłem. Powiedzieli 'Będziemy ci służyć, jeśli pomożesz nam pozbyć się księcia'. Prawdziwa historia. I diabeł powiedział 'W porządku'. I wypędzili Francuzów. Haitańczycy się zbuntowali i jakoś się wyzwolili. Ale od tego czasu ciągle spadały na nich jakieś nieszczęścia.

Tyle głębokiej analizy historycznej ze strony Pata Robertsona. Oczywiście nie o analizę ruchu wyzwoleńczego jednak tu chodzi, ale o religijną interpretację straszliwej katastrofy. Wyjaśnienie jest jasne - pakt z diabłem. W domyśle - teraz pan Bóg Haitańczyków za pakt ów każe.

Zawrzało natychmiast w amerykańskiej blogosferze, na Facebooku i Twitterze. Słowo "skandal" odmienianie byłoby przez wszystkie możliwe przypadki, gdyby język angielski przypadki miał.

To nie pierwsza tego rodzaju wypowiedź Robertsona. Po zamachach 11 września telewizyjny ewangelizator zwrócił się na antenie wprost do Boga:

Zgrzeszyliśmy przeciwko Bogu Najwyższemu, na najwyższych szczeblach naszej władzy. Wsadziliśmy palec w Twoje oko. Sąd Najwyższy obrażał Cię raz po raz, Panie. Zabrali Biblię z naszych szkół. Zabronili małym dzieciom się modlić. Odebrali wiedzę o Bogu, jak tylko mogli i teraz różne organizacje przyszły do sądu, żeby usunąć wiedzę o Bogu z publicznej sceny Ameryki.

Roberston w swoich poglądach nie jest osamotniony. Podzialają je nie tylko, jak można podejrzewać, jego wierni widzowie i fani. Podobne głosy można usłyszeć także w innych religijnych rejonach. Na przykład w ultraortodoksyjnym judaizmie.

Kiedy Nowy Orlean został zdruzgotany huraganem Katrina rabin Owadia Josef oświadczył, że jego mieszkańcy musieli zgrzeszyć przeciwko Bogu. Nie snuł żadnych teorii na ten temat, grzechów nie wymieniał i nie sugerował żadnego paktu z diabłem, ale ostatecznie odpowiedź na pytanie o przyczynę kataklizmu podał podobną - grzech. Gdzie jest cierpienie, jest kara. Gdzie jest kara, tam był grzech.

Tego rodzaju wypowiedzi mogą budzić skądinąd zrozumiałe oburzenie. Trudno jednak zaprzeczyć temu, że sposób myślenia, którego są wyrazem, ma swoje miejsce w żydowskiej tradycji. W Talmudzie R. Ammi stwierdza stanowczo:

Nie ma śmierci bez grzechu i nie ma cierpienia bez grzeszności. [Szabat 55a]

Są takie konstrukcje świata, które praktycznie wykluczają istnienie tego, co większość z nas nazywa naturalnymi katastrofami - takie, wedle których, nawet za taką, pozornie "naturalną", katastrofą stoi Bóg czy inna transcendentna siła. Istotnie, jeśli przyjmiemy, że Bóg w ogóle w naszą rzeczywistość ingeruje, to ciężko będzie nam znaleźć dobre argumenty na rzecz przekonania, że owszem ingeruje, ale tylko wtedy i tylko w taki sposób, jaki nam się podoba.

Z ideą Boga czyniącego coś, co w naszych oczach jest okrutne, mamy jednak duży problem. Czasem zastanawiam się, czy rzeczywiście nie ulepiliśmy sobie Boga takim, jakim chcemy Go widzieć. Tak sugerował Feuerbach - człowiek wziął te cechy własne, które sobie najbardziej ceni i rozdymając je do nieskończoności stworzył z nich Boga. I teraz siedzi sobie taki dobrotliwy Starszy Pan o ciepłym spojrzeniu na wielkim tronie daleko w chmurach...

Może powinniśmy przemyśleć naszą ideę Boga mając w pamięci słowa proroka:

Ja tworzę światło i stwarzam ciemności,
sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę.
Ja, Pan, czynię to wszystko. [Iz 45:7]
21:26, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (12) »
niedziela, 20 grudnia 2009
"Christmuka"

W ostatni dzień święta Chanuka niosłam do domu choinkę pomrukując pod nosem "maoz cur jeszuati..." Był nie tylko ostatni dzień Chanuki, ale i szabat. Mrozek przyjemnie szczypał mnie w nos, deptany śnieg chrumkał przyjaźnie, a mi świat wydawał się dziwnie harmonijny pomimo tego, że stanowiłam w tamtej chwili dziwny paradoks okutany szalikiem i w zimowej czapce.

W szabat niczego się nie nosi, a Żydzi w ogólności nie mają powodu, by nosić do domu choinki z myślą o udekorowaniu ich kolorowymi lampkami. Naturalnie rzeczywistość jest bogatsza niż większość schematów pojęciowych, toteż zaskoczeniem ogromnym nie powinno być to, że Żydom zdarza się jednak choinki w domu miewać. Bożonarodzeniową choinkę w rodzinnym domu wspominał Primo Levi. Niedawno język giętki (w tym przypadku akurat angielski) stworzył zaś słowo "Christmuka" (w oryginalnej pisowni "Christmukkah"), by opisać zjawisko łączenia obchodów świąt Bożego Narodzenia z obchodami Chanuki. Drejdel na choince... A cóż to komu szkodzi?

Co do ostatniej kwestii można się spierać. Oczywiście, że szkodzi, powie ktoś. Choinka to Boże Narodzenie. Boże Narodzenie to chrześcijańskie świętowanie narodzin mesjasza, a przecież Żydzi Jezusa z Nazaretu za mesjasza nie uważają i mają ku temu niezłe powody. Ależ nic nie szkodzi, powie ktoś inny. Choinka to skomercjalizowany symbol czasu zakupów, jedzenia, dawania prezentów i czasu spędzonego w rodzinnym gronie. Jako taki właśnie symbol wcale nie kłóci się z chanukowym świecznikiem, drejdlem i latkes.

Dlaczego niektórzy Żydzi mają w domu choinki? Pewnie właśnie dlatego, że nie widzą problemu w mnożeniu symboli, szczególnie jeśli są to symbole estetycznie przyjemne. Do tego dochodzi niebywała popularność choinek i być może dzieci domagające się prezentów jeśli nie od jakiegoś świętego, to przynajmniej leżących w okolicach iglastego drzewka.

Mój przypadek jest nieco inny, ale najprawdopodbniej wcale nie wyjątkowy. Wprost przeciwnie - może on wskazywać na stan lekkiej schizofrenii, który właściwy jest być może wielu konwertytom.

Jako dziecko pisałam listy do św. Mikołaja, dekorowałam choinkę, a w wigilijny wieczór dzieliłam się opłatkiem z bliskimi. Boże Narodzenie nigdy nie było w moim rodzinnym domu świętem szczególnie religijnym. Tata wspominał z sympatią nocne wyprawy do kościoła z własnego dzieciństwa, ale sam nigdy nas na nie nie zabierał. Boże Narodzenie było czasem rodzinnego ciepła. Czasem bycia razem i dzielenia się miłością. Innymi słowy - typowe polskie, obyczajowe, a nie religijne, Boże Narodzenie. Gdyby nie bardzo przywiązany do tradycji i obyczajów Tata, być może w ogóle choinki by w domu nie było.

Dla moich bliskich Boże Narodzenie nadal pozostaje czasem rodzinnego bycia razem. Teraz może ważniejszym niż kiedyś, bo nie mieszkamy już razem. W tym roku także czasem wybrakowanym, naznaczonym nieobecnością.

Gdy zastanawiałam się, kiedy przylecieć z następną wizytą do Polski, doszłam do wniosku, że najlepsze będą właśnie okolice świąt Bożego Narodzenia. Pierwsze święta bez Taty - chcemy być razem. Dla mnie także pierwsza Gwiazdka od ładnych paru lat. Mój amerykański dom jest domem koszernym i pozbawionym choinki. Mieszka w nim w końcu Żydówka. Czy brakuje jej choinki, prezentów, dzielenia się opłatkiem? Nie. Boże Narodzenie po prostu zniknęło z horyzontu mojego świętowania. Pozostały miłe wspomnienia z dzieciństwa, ale pragnienie ich odnowienia jest nieobecne.

Brat ogromnie się ucieszył na wieść, że przylecę na święta. "Wy macie jakieś takie zimowe święta też, prawda?", dopytywał. "Tak, Chanukę", podpowiedziałam. Brat zapamiętał już mniej więcej, kiedy obchodzę różne święta, ale ich nazwy nie trzymają mu się jeszcze w pamięci. "Super!" - odpowiedział - "Macie jakieś potrawy? To przygotuję i będziemy mieli ekumeniczne święta!"

Nie wiem, czy w wielu rodzinach konwertyta spotyka się z podobną reakcją. Moja rodzina nie ma najmniejszego problemu z moim judaizmem, a ja nie mam najmniejszego problemu z ich chrześcijaństwem czy z ich przywiązaniem do rodzinnych tradycji i obyczajów. I pewnie dlatego nie będę miała problemu z dekorowaniem choinki. Że lepiej byłoby tę choinkę przynieść do domu dziś, a nie w szabat? Jasne. Ale dlaczego nie miałabym w tej kwestii pójść na rękę mojej Mamie?

Podejrzewam, że wiele jest osób w sytuacji podobnej do mojej. Są Żydami, ale ich rodziny żydowskie nie są. Obie strony muszą nauczyć się nie tylko szacunku, ale i wypracować sposoby radzenia sobie w rozmaitych sytuacjach, w których może dochodzić do konfliktu - konfliktu tradycji, obyczajów, religijnych zasad.

Nie będę wieszać drejdla na choince. Ale prezenty dostałam na Chanukę.

Nie mam poczucia wewnętrznego konfliktu. Nie jest to chyba również nawet lekka schizofrenia. Jest po prostu rzeczywistość człowieka, który z wyboru i z konieczności zarazem funkcjonuje w dwóch różnych światach.

11:10, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (7) »
wtorek, 22 września 2009
Ramadan w synagodze

Swego czasu pisałam o tym, że jedna z synagog w Indianapolis udostępniła swoje wnętrze dla grupy chrześcijan, których kościół akurat znajdował się w remoncie. W piątek wpadła mi w oko informacja o podobnej sytuacji - tym razem nieopodal Waszyngtonu.

Otóż w miejscowości Reston w stanie Wirginia lokalna społeczność muzułmańska miała problem w czasie Ramadanu - meczet nie był w stanie pomieścić przychodzących na modlitwy wiernych. Muzułmanie zaczęli rozglądać się za jakąś dodatkową przestrzenią do wynajęcia. Poszukiwania na szczęście nie były długie - do wykorzystania miejscowej synagogi zaprosili ich przedstawiciele lokalnej społeczności żydowskiej. Wedle relacji AP obie strony były bardzo zadowolone ze współpracy.

Co tu dużo gadać - serce rośnie! To zaledwie jeden z wielu przypadków pokazujących, że w różnych miejscach na świecie dobre relacje pomiędzy muzułmanami a Żydami nie tylko są możliwe, ale są faktem.

03:10, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (6) »
czwartek, 17 września 2009
Niefortunna koincydencja

Dawno temu, kiedy składałam wniosek o stypendium w Bardzo Szacownej Jednostce Badawczej i wypełniałam konieczne dokumenty, zupełnie nie myślałam o tym, że koniec mojego pobytu w Waszyngtonie zbiegnie się w czasie z Wielkimi Świętami. Doprawdy, wysoce niefortunna koincydencja.

Mam jeszcze trochę czasu do wyjazdu, to prawda. Czas ten jest jednak wypełniony najróżniejszymi rzeczami, którymi koniecznie trzeba się zająć. Koniecznie trzeba zakończyć tę sprawę i tamtą kwestię. Muszę zająć się tym i owym, dopilnować sprawy owej, zadbać o siamto i owamto. W międzyczasie trzeba zapakować parę pudeł i rozwiązać rozmaite sprawy logistyczne związane z transportem niewielkiego dobytku do Bloomington. Niezbędnych jest też parę spotkań z różnymi osobami.

Minuty i godziny upływają błyskawicznie w takich okolicznościach. We mnie zaś narasta irytacja, bowiem z całego serca nie cierpię poświęcania czasu i uwagi na sprawy, które normalnie uważam za kompletne duperele, a które obecnie stanowią najważniejsze rzeczy pod słońcem.

Tu właśnie jest problem - "najważniejsze rzeczy pod słońcem" przysłaniają mi horyzont, a w piątek o zachodzie słońca zaczyna się Rosz Haszana. Czy przypadkiem całkiem inne rzeczy nie powinny być teraz najważniejsze?

Oczywiście, powinny. Bodaj Miłosz zanotował kiedyś, że czasem ma poczucie, że powinien wszystko wiedzieć, wszystko rozumieć. "Powinienem. I co z tego?", dodał. (Naturalnie to mógł być ktoś zupełnie inny. Ze wstydem przyznaję, że moja pamięć do cytatów, swego czasu znakomita, szwankuje od jakiegoś czasu.) Ja także powinnam. I co z tego?

Brutalna to i trywialna zupełnie prawda - ciężko jest znaleźć czas i miejsce dla Boga pomiędzy spakowanym i niedopakowanymi pudłami, pomiędzy rachunkami do zapłacenia, usługami do załatwienia, notatkami z badań do uporządkowania, pomiędzy jakimiś rozliczeniami finansowymi do dokonania i sprawozdaniami do napisania... Rzeczywistość może nie tyle mi tu skrzeczy, co raczej rozpycha się łokciami zajmując kolejne minuty, godziny, dni.

Pozostaje mieć nadzieję, że nadejście szabatu połączone z nadejściem Rosz Haszana pozwoli mi na chwilę wytchnienia. Wyłączę komputer, wyłączę komórkę, schowam kalendarz wypełniony datami spotkań oraz terminami ważnych rzeczy do zrobienia. Schowam go gdzieś bardzo głęboko... Wyjmę natomiast sidur, sięgnę po Torę i spróbuję przynajmniej na parę godzin pokazać figę rzeczywistości.

23:21, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (5) »
środa, 19 sierpnia 2009
Turbany na głowach

Pisałam w przeszłości o kwestii zakrywania włosów. Podczas kilkudniowej wizyty w Nowym Jorku miałam okazję napatrzeć się na ortodoksyjne i ultraortodoksyjne Żydówki starannie chowające włosy pod mało twarzowym nakryciem głowy.

Te akurat panie są chasydkami, należą do ultraortodoksyjnej chasydzkiej grupy Satmar. Południowo-zachodnia część stanowiącego fragment Brooklynu Williamsburga to miejsce, w którym chasydzi Satmar zdecydowali się zapuścić korzenie.

Widok, powiem szczerze, jest dość przygnębiający. Dziwne turbany na głowach, prawdopodobnie głowach ogolonych, wyglądają, moim zdaniem, wyjątkowo smutno. Nie wiem, jakiej dokładnie tkaniny używa się do wykonania tych turbanów, ale z bliska podobna jest ona do ręcznika.

Kobiety na zdjęciu ubrane są w zgodzie z regułami cnijut czyli skromności. Wszystko zakryte. Długie rękawy, długie suknie lub spódnice, żadnych dekoltów, rajstopy pomimo letniego skwaru. A wszystko to, jak pisałam wcześniej, po to, by nie rozpraszać męskiej koncentracji. Biedni mężczyźni, których umysły są tak słabe, iż ich myśli ulegają natychmiastowemu rozproszeniu na widok najmniejszego fragmentu kobiecego ciała... Pewnie, lepiej - bo bezpieczniej - patrzeć na turbany...

14:37, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (10) »
sobota, 01 sierpnia 2009
Czy ja chcę odbudowy Świątyni?

Wczoraj nie mogłam się doczekać wieczora - i to takiego późniejszego wieczora, a dokładniej godziny 21:00. O tej godzinie bowiem kończył się związany z Tisza be'Aw zupełny post.

Sam post nie jest dla mnie jakimś strasznym problemem. Bez jedzenia da się wytrzymać od zachodu do zachodu słońca. Bez picia jest nieco trudniej, ale i to daje się znieść. Ja mam z Tisza be'Aw inny problem.

Wspomniałam o tym dwa lata temu przy tej samej okazji (swoją drogą to przerażające, jak ten czas leci) i zdania nie zmieniłam: Tisza be'Aw to rocznica zburzenia obu jerozolimskich Świątyń - pierwszej i drugiej. Wedle tradycji inne tragedie spadały na naród żydowski tego dnia. Jest o czym pamiętać, jest co opłakiwać. Ale z drugiej strony faktem pozostaje, że być może gdyby Świątynia nie została zburzona, nie powstałby judaizm - religia, którą wybrałam.

Zawsze mam ten problem w Tisza be'Aw...

Inne pytanie, które zadaję sobie tego dnia jest takie - czy ja naprawdę chcę odbudowania Światyni? Czy chcę powrotu świątynnego kultu ze składaniem ofiar ze zwierząt? Czy chcę, aby judaizm na nowo stał się religią z jednym centrum - duchowym i geograficznym zarazem? Czy wierzę w to, że Bogu potrzebne jest jakieś jedno, konkretne miejsce na ziemi?

Reformowany judaizm przez pewien czas swojego istnienia był daleki od idei powrotu Żydów do Ziemi Obiecanej. Zarówno ziemia obiecana, jak i era mesjańska przeniosły się w wymiar moralny. Nie chodziło już o powrót Żydów w konkretne miejsce ani o odbudowę politycznej suwerenności. Chodziło o doskonalenie etyczne - Żydów i całego świata. Jednym ze sposobów wyrazu tego poglądu stało się zastosowanie słowa "świątynia" do każdej synagogi - każda synagoga stała się w pewnym sensie Świątynią. Do dziś wielu amerykańskich Żydów używa słowa "temple", gdy mówią o swojej synagodze.

Światynia, mówi tradycja, ma zostać odbudowana z przyjściem Mesjasza. Może kult świątynny nie będzie już wtedy potrzebny? Może nie mam się tak naprawdę o co martwić?

Choć martwię się o jeszcze jedną rzecz - nie chcę odbudowy Świątyni, jeśli miałoby to oznaczać zburzenie stojących w jej miejscu świątyń muzułmańskich, Kopuły na Skale i Meczetu al-Aksa. Wzgórze Świątynne - Har Ha-Bait - zwane jest także Al-Haram al-Szarif. Kto ma zdecydować, która nazwa jest bardziej "prawdziwa"? Kto ma zdecydować, czyja świątynia powinna tam stać?

Ale znowu - może nie ma się o co martwić. Może kiedy przyjdzie Mesjasz religijne różnice pomiędzy nami nie będą już miały znaczenia.

Szabat szalom.

00:46, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 lipca 2009
Powitanie

Cudze wspomnienia często prowokują nasze własne do wyruszenia w drogę ku powierzchni świadomości. Czytam właśnie autobiograficzny manuskrypt autorstwa nowego znajomego - urodzonego w Kalkucie, zakochanego w Wittgensteinie lingwisty, który zapytany kiedyś, czy chciałby przejść konwersję na judaizm, odpowiedział, że nie ponieważ już czuje się Żydem.

Wspomnienia R. poruszyły moje zasoby pamięci. Pamięć jednak chodzi dziwnymi drogami będąc instrumentem tyleż fantastycznym co zawodnym i czasem zupełnie niezrozumiałym.

Przypomniała mi się ta oto sytuacja: dwa lub trzy dni po pogrzebie mojego Ojca przyszłam do warszawskiej synagogi Nożyków. Byłam umówiona z rabinem Schudrichem, którego dawno nie miałam okazji widzieć. Chciałam także powiedzieć kadisz podczas wieczornego nabożeństwa. Do synagogi przyszłam razem z Bratem, który chciał być ze mną w tak ważnym i trudnym zarazem momencie. To była jego pierwsza wizyta w synagodze. Nie wiedział, gdzie wejść, gdzie pójść, gdzie usiąść... Znalazłam dla niego kipę, weszliśmy razem do sali nabożeństw. Brat zaczął z ciekawością rozglądać się po wnętrzu przyciszonym głosem zadając mi różne pytania.

Po chwili do sali wszedł rabin. Podszedł do nas, przedstawiłam Brata, uścisnęli sobie dłonie, rabin wyraził żal z powodu śmierci naszego Ojca. Nie ten gest jednak - dość konwencjonalny w końcu - szczególnie zapadł mi w pamięci.

Zostawiłam Brata w dolnej sali synagogi i weszłam na babiniec. Spoglądając na salę z góry zobaczyłam, że rabin podchodzi do stojącego w rogu regału, sięga po jeden z leżących tam modlitewników, po czym idzie do mojego Brata siedzącego skromnie w ostatnim rzędzie. Rabin podał mu modlitewnik otwarty na odpowiedniej stronie.

Ten gest zrobił na mnie wrażenie. Gdyby tak nie było, prawdopodobnie zatarłby się kompletnie w mojej pamięci. To był bardzo trudny tydzień. Pełen smutnych i bolesnych momentów. A pośród nich ta prosta sytuacja - powitanie nie-Żyda w synagodze przez rabina. Powitanie bez żadnych pytań. Powitanie z otwartym modlitewnikiem.

Powinniśmy tak witać każdego.

01:13, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15