Ponownie na Midweście
Kategorie: Wszystkie | Izrael i okolice | Judaizm | Kultura | Różności | Waszyngton i okolice | Zauważam | Życie na Midweście
RSS
wtorek, 24 sierpnia 2010
Sierpień miesiącem przeprowadzek

Plączą mi się po głowie różne hasła w rodzaju "Kwiecień miesiącem trzeźwości" czy "Luty miesiącem higieny osobistej", a dzieje się tak dlatego, że aktem własnej decyzji zidentyfikowałam sierpień jako miesiąc przeprowadzek.

Nie cierpię się przeprowadzać i to nie tylko dlatego, że jestem istotą zasadniczo leniwą, a przeprowadzka zawsze oznacza mnóstwo roboty. Przeprowadzek nie lubię, ponieważ cenię sobie swoją przestrzeń - swoją czyli oswojoną, zaludnioną znanymi przedmiotami stojącymi w tych samych mniej więcej miejscach, zamieszkałą przez zaprzyjaźnione już cienie, a nawet pajęczyny starannie skonstruowane przez równie jak ja zadomowione pająki.

Pierwsze mieszkanie w Bloomington wypatrzyła dla mnie znajoma. Kiedy przyjechałam do Bloomington pewnego sierpniowego dnia, mieszkanie już na mnie czekało. Przystąpiłam do mozolnego nieco procesu oswajania, by po kilku miesiącach zadecydować, że jestem u siebie. W mieszkaniu następowały różne zmiany, ale żadne nie były rewolucyjne. Ot, na przykład, podniosłam sobie stopę życiową poprzez przywleczenie do mieszkania używanej kanapy. Albo nabyłam coś do powieszenia na ścianie.

W przeciwieństwie do większości moich znajomych studentów postanowiłam nie przeprowadzać się po roku - po roku czyli w sierpniu. Sierpień bowiem w Bloomington to właśnie sezon przeprowadzkowy. Umowy najmu podpisuje się z reguły na rok - od połowy sierpnia do połowy sierpnia mniej więcej. W tym okresie na ulicach pojawia się wiele ciężarówek i półciężarówek firm Budget i U-Haul. Widać także młodych ludzi obładowanych paczkami, dźwigających meble, pchających przed sobą lub ciągnących za sobą rozmaite wózki pełne wszelakich dóbr itp. Jest to również sezon przydomowych wyprzedaży.

Ja się zaparłam i zostałam w tym samym miejscu przez ponad 3 lata. Wyjazd do Waszyngtonu oznaczał konieczność zapakowania życia w pudła. Zajęło mi to kilka dni wypełnionych ciężką pracą i przyniosło ból w okolicach krzyża. Zapakowane życie poukładałam przy pomocy Dobrego Znajomego w pewnej piwnicy, pomachałam mu ręką, wzięłam walizkę i gitarę i wsiadłam w samolot. Do nowego lokum w Waszyngtonie wparadowałam z tak właśnie ograniczonym dobytkiem budząc szczere zdumienie pani, która wręczyła mi klucze.

Koniec pobytu w stolicy wiązał się z rosnącą paniką. Wracałam do Bloomington, gdzie, jak się okazało, jakoś dziwnie trudno było znaleźć mieszkanie do wynajęcia późną wiosną. Uczelnia zwiększyła nabór, do miasta przyjechać miała większa ilość studentów, toteż o mieszkania było trudniej.

Pamiętając o tej lekcji w tym roku za szukanie mieszkania zabrałam się nieco wcześniej. Nieco wcześniej jedynie, gdyż sytuacja finansowa nie pozwala mi na podejmowanie decyzji i podpisywanie ważnych umów z większym wyprzedzeniem. Mogłam się oczywiście nie przeprowadzać wcale. Myśl o przeprowadzce powodowała ból głowy. Nie mniejszy ból głowy powodowały jednak rachunki za elektryczność. Dom, w którym mieszkałam, był - jak się zdaje - kompletnie pozbawiony izolacji termicznej. Zimy jednak na Midweście bywają chłodne, ja zmiennocieplna nie jestem i w efekcie rachunki za prąd sięgnęły kwot z lekka astronomicznych.

Przeprowadzka zatem. Dokąd? Czy to nie oczywiste? Na stare śmieci. Niestety moje dawne mieszkanie było już wynajęte. Mogłam wziąć jednak inne na tym samym piętrze.

Życie nie może być jednak zbyt proste toteż zajęcie nowego lokum poprzedziły rozliczne peregrynacje po okolicy. Schowane w pudłach życie czekało w domu zaprzyjaźnionej osoby, a ja przenosiłam się z miejsca na miejsce w oczekiwaniu na dzień, w którym mogłam się w końcu wprowadzić. Parę dni tu, parę dni tam, dzień siam, parę chwil ówdzie... Na szczęście w międzyczasie były i chwile wakacyjnej natury, kiedy nie robiłam nic, popijałam chłodne piwo, bujałam się w hamaku, a dzień rozpoczynałam od kawy i grania na mojej nowej, cudownej gitarze.

earthly delights

Pozbawiona dostępu do internetu tkwiłam w błogiej ignoracji na temat dziejących się na świecie wydarzeń i miałam czas przyglądać się wydarzeniom nie mniej czasem dramatycznym choć na znacznie mniejszą skalę.

the end

Teraz jestem już wprowadzona. Niestety nadal nie mam w domu internetu, co mnie frustruje szczerze. Przestrzeń została zagospodarowana. Mezuzy przymocowane.

poniedziałek, 19 lipca 2010
Jest lato, niestety

Krótko po przebudzeniu, owinięta niebieskim szlafrokiem i całkiem rozczochrana wyszłam z mieszkania na nasze niewielkie podwórko, by odetchnąć świeżym, rześkim powietrzem poranka. O święta naiwności! Jaka tam świeżość! Gdzie rześkość!

W Bloomington nie ma aktualnie powietrza. Jest raczej coś na kształt ciepłej zupy. Powietrze jest bowiem gęste, ciężkie, lepkie i gorące. Porównanie do zupy wydaje się o tyle trafne, że zupą raczej trudno jest oddychać. Stałam więc na podwórku i dyszałam niczym ryba wyciągnięta z wody. Niezależnie od tego, ile powietrza udawało mi się wciągnąć do płuc, było go za mało. Wniosek - powietrza w powietrzu nie ma, jest wyłącznie zupa.

Nie jest to pierwszy dzień tej upiornej pory roku zwanej latem, w którym regionalne władze wystosowały ostrzeżenie dotyczące warunków atmosferycznych takiej oto mniej więcej treści: "Siedź w domu, dobry człowieku, i nigdzie nie łaź co najmniej do godziny 8 wieczorem". Prawdę mówiąc po tej godzinie nie będzie wiele lepiej. Owszem, słońce będzie już mniej grzało, a w końcu nawet całkiem zniknie z pola widzenia, ale na temperaturę i poziom wilgotności będzie to miało wpływ znikomy. Nagrzane ulice, nagrzana ziemia, nagrzane chodniki, ściany domów - wszystko zacznie oddawać ciepło i nadal będzie nie do wytrzymania.

Serwis pogodowy informuje mnie, że odczuwalna temperatura w dniu dzisiejszym przekracza 40 stopni. Bardzo podoba mi się amerykański obyczaj podawania temperatury odczuwalnej. Jest to oczywiście zawsze jakieś tam przybliżenie, ale nawet przybliżeniem będąc daje lepsze niż sama temperatura powietrza wyobrażenie o tym, co czeka mnie po przekroczeniu progu mieszkania. Temperaturę odczuwalną wylicza się biorąc pod uwagę temperaturę powietrza oraz względną wilgotność. Generalnie - im wyższa względna wilgotność, tym bliżej jestem stanu całkowitego zawieszenia władz poznawczych oraz wszelkich innych. Im dłużej zaś utrzymuje się połączenie wysokiej wilgotności z wysoką temperaturą, tym bardziej skłaniam się ku założeniu kościoła Czcicieli Klimatyzacji.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że są na świecie miejsca jeszcze cieplejsze, o jeszcze bardziej upiornych warunkach pogodowych. Nie w tym jednak rzecz. Co mnie zastanawia to fakt, że zanim znalazłam się w Stanach, nigdy nie przyszło mi do głowy, że lato tutaj może być tak gorąco-wilgotne.

Powód tego stanu rzeczy to naturalnie ignorancja. A wystarczyło popatrzeć na mapy. Na przykład na taką jak ta przedstawiająca w zarysie strefy klimatyczne Stanów Zjednoczonych:

Z mapki tej widać jasno i wyraźnie, że Indiana znajduje się w strefie wilgotnego klimatu kontynentalnego. Cecha dodatkowa - ciepłe lata. Sama przyjemność dla chłodnolubnej zasadniczo mojej skromnej osoby.

Spoglądając dalej na mapkę, można zobaczyć, że Waszyngton, DC znajduje się w innej strefie klimatycznej - otóż mamy tam klimat nie tylko wilgotny, ale na dodatek subtropikalny. Istotnie, lato w Waszyngtonie jest gorsze niż w Bloomington, a co gorsza zaczyna się wcześniej. O ile w Bloomington w czerwcu zdarzają się piękne, ciepłe, słoneczne i suche dni, o tyle Waszyngton w czerwcu - a bywa że i w maju - przypomina już wilgotny piec.

Nowy Jork jest na północ od Waszyngtonu. Nie dość na północ jednak, by uciec przed wysokim poziomem wilgotności. Pamiętam z Nowego Jorku całkiem przyjemne dni letnie, z temperaturą odczuwalną w granicach 35 stopni Celcjusza. Pamiętam jednak również takie, w których nie sposób było wyjść z klimatyzowanego wnętrza. Swoją drogą, jak to się człowiekowi zmienia postrzeganie rzeczy. Dawnymi czasy, jeszcze w Polsce, mianem "upalnego" określałam dzień, w którym temperatura przekraczała 27 stopni...

W każdym razie przyjeżdżając do Stanów znajdowałam się w stanie błogiej nieświadomości. Nie trwał on długo. Ściśle rzecz biorąc zakończył się dość brutalnie w chwili, kiedy pierwszy raz wyszłam z klimatyzowanego wnętrza terminalu lotniska w Indianapolis w sierpniu 2002 roku. Wyszłam i tchu mi zabrakło. Przez chwilę nie byłam w stanie oddychać.

Myśląc o moim szoku klimatycznym zastanawiam się, dlaczego na filmach, których akcja toczy się w Stanach, nie widzimy ludzi zalewających się potem. Dlaczego w filmach Woody'ego Allena nie ma nowojorczyków tonących we własnym pocie na Piątej Alei? Dlaczego bohaterowie CSI Miami zawsze wyglądają świeżo i to pomimo tego, że łażą po słońcu w środku lata i to w dodatku w marynarkach?! Dlaczego w scenach, dajmy na to, z Houston nie widać teksańczyków roztapiających się w upalnym słońcu?

No cóż, wiedzy o świecie zasadniczo z filmów czerpać nie należy. A w lato należy być całkiem gdzie indziej niż strefa wilgotnego klimatu kontynentalnego.

piątek, 18 czerwca 2010
Reaktywacja

Kości zostały rzucone, powiedział ponoć Juliusz Cezar przekraczając wiadomą rzekę. Przypomniały mi się te słowa Cezara jakiś czas temu. Kontekst: rozmowa o robieniu prawa jazdy w Stanach. Znajomy szczęśliwie jeżdżący samochodem po okolicy przekonywał koleżankę oraz mnie o tym, jak łatwo ten cenny dokument w tym kraju uzyskać i jak łatwo nauczyć się jeździć samochodem z automatyczną skrzynią biegów.

Po chwili zastanowienia znajomy spytał "Jak długo planujecie zostać tutaj? Bo w Polsce to jednak bez automatu..." Pytanie mnie zdzwiło. Następnie zaś zdziwiło mnie moje zdziwienie. Pytanie w końcu zupełnie sensowne. A jednak wydało mi się dziwnie bez sensu. Moją pierwszą reakcją były bowiem (niewypowiedziane głośno) słowa: "Jak to 'jak długo?' Przecież moje życie jest tutaj". "Hmm... Tutaj? Sekundę" - toczyły się dalej myśli. "No tutaj, tutaj" - nieco śmielej zabrzmiał wewnętrzny głos. Wewnętrzny głos podświadomości, podejrzewam. Najwyraźniej podświadomie już te kości rzuciłam.

W Skype'owej rozmowie Brat przypomniał mi, że już jakiś czas temu, żegnając się z Rodziną na warszawskim lotnisku przed lotem za ocean stwierdziłam, że czuję się tak, jak gdybym wracała do siebie. Nie jak gdybym wyjeżdżała, ale właśnie wracała do siebie.

W sumie trudno się temu dziwić. W sierpniu minie pięć lat od mojego przyjazdu do Stanów. Szybko zleciały te lata, bo czas ma to do siebie, że w mojej percepcji w ogóle pędzi przed siebie jak szalony, zupełnie jak gdyby miał do czego tak pędzić, zupełnie jak gdyby miał w tym jakiś cel. Niemniej - pięć lat to nie jest nic. Zdążyłam się przyzwyczaić do bycia tutaj, nawet jeśli zarówno sama Ameryka, jak i Amerykanie w znacznej mierze pozostają dla mnie niezrozumiali. Zdążyłam się zadomowić także w sensie zupełnie dosłownym, nawet jeśli co jakiś czas muszę się przeprowadzić z jednego mieszkania do drugiego.

Podejrzewam, że ten proces wrastania w amerykańską rzeczywistość był i jest powiązany z faktem, że mój dom w Polsce przestał istnieć w pewnym ważnym sensie. Oczywiście, w Polsce jest moja Rodzina, w Polsce są moi bliscy. W Polsce nie ma jednak już miejsca, które nazywałam domem - nie ma już mieszkania przy ulicy Prądzyńskiego, w którym spędziłam większość życia.

Urodziłam się w warszawskim szpitalu Wolskim. Ze szpitala do domu było blisko - 5-10 minut spacerem. Pokonałam tę drogę jako niemowlę zapewne niesiona przez kogoś. W kolejnych latach przechodziłam tamtędy niezliczoną ilość razy. W drodze do szkoły podstawowej, w drodze do liceum, w drodze do sklepu, na przystanek autobusowy... Okolice Dworca Zachodniego i Szpitala Wolskiego - to była moja przestrzeń, której centrum stanowiło duże mieszkanie w bardzo starej kamienicy. Tyle że tego domu już nie ma. Najpierw wyprowadziła się Siostra. Potem Brat. W końcu musieli się wyprowadzić moi Rodzice wraz z Kotem. Spakowali dom w pudła, przewieźli w inne miejsce. Mnie przy tym nie było. Nie pożegnałam się z krzywymi ścianami naszego mieszkania. Nie pożegnałam się z raczej okropnym, ale dobrze znajomym podwórkiem. Nie pożegnałam się z niewielkim, ale miłym parkiem, w którym jako dziecko spędziłam długie godziny grając z Bratem w piłkę i w badmingtona.

I tak zniknął mój dom w Warszawie. Mój dom w Polsce. Oczywiście dom to nie tylko znajome ściany, meble i książki na swoich miejscach. Dom to ludzie. Nie potrafię jednak dziś powiedzieć, który z tych dwóch czynników jest ważniejszy. Może ostatecznie najważniejsze jest po prostu to, gdzie spędzamy większość naszego czasu? Nie wiem. Dla mojego Taty domem na zawsze pozostało mieszkanie, w którym się wychował. Śmiał się, że kiedy mieszkał już na Prądzyńskiego, zapytany o adres zamieszkania często w pierwszym odruchu mówił "Obozowa 31..." Ja w pierwszym i ostatnim odruchu mówię "416 E 2nd Street..."

A myśli te wszystkie w związku z nadchodzącymi w Polsce wyborami prezydenckimi, które - wyznaję bez bicia - obchodzą mnie w niewielkim stopniu. Poprzednimi przejmowałam się bardzo. Śledziłam z daleka kampanię wyborczą, złościłam się na polityków, a po ogłoszeniu oficjalnych wyników popadłam w stan lekkiej depresji zmieszanej z frustracją. Tym razem - hmm... Przegrana Hiszpanii w meczu ze Szwajcarią zrobiła na mnie większe wrażenie.

Kości zostały zatem rzucone?

Niewykluczone, że trzeba je kiedyś będzie rzucić jeszcze raz. O moim statusie w Stanach można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest permanentny. Zaledwie w maju groził mi przymusowy powrót do Polski z powodów finansowych. Być może więc trzeba będzie wrócić. Być może trzeba będzie przenieść się gdzieś indziej. Podświadomość jednak podjęła swoją decyzję - moje życie jest tutaj.

Muszę tylko pamiętać, że wedle innej wersji losów Juliusza Cezara słowa wypowiedziane przez niego nad brzegiem Rubikonu brzmiały "albo rybka albo pipka".

PS: Jakkolwiek moje życie nigdy nie osiągnie stopnia organizacji, porządku i stabilności tak wysokiego jak te sfotografowane przeze mnie jakiś czas temu staniki, to jednak potrzeba ubierania doświadczeń w słowa i dzielenia się z nimi za pośrednictwem bloga powróciła. Wysuwam więc ponownie nieśmiało mackę mojego bytowania w Waszą stronę, pukam w drzwi i pytam "jest tam kto?" A może raczej "anybody home?"

brascape (rural life)

wtorek, 23 marca 2010
Bez ładu i składu

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni wiosenny i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny, dżdżu krople padają i tłuką w me okno... Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną i światła szarego blask sączy się senny... O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni wiosenny...

Tak kształtowały się ostatnio warunki atmosferyczne w miasteczku Bloomington w stanie Indiana. Całkiem możliwe, że to one właśnie spowodowały przebudzenie tych warstw mojej dziurawej pamięci, w których skrywało się kilka wierszy Leopolda Staffa. Nie czytałam ich od wieków mniej więcej, a jednak gdzieś tam nadal się plączą wysuwając się na powierzchnie w najmniej spodziewanych momentach. Bo doprawdy - czy mogłam się spodziewać porannego przebudzenia z wierszem Staffa w głowie?

Dzień był dżdżysto melancholijny, podszyty różnymi negatywnymi emocjami, u których źródła znajduje się pewien szalenie dla mnie atrakcyjny dżentelmen. Dżentelmen ów ma wiele zalet - stąd moja słabość do niego - ale niestety ma jedną zasadniczą wadę. Jest mianowicie, wiele na to wskazuje, toksyczny. Trujące opary, jakie z siebie wydziela, nie są widoczne gołym okiem, ale umysł - w przeciwieństwie do durnego serca - jednak je wyczuwa. Durne serce, myślałam sobie gniewnie i znowu przypomniał mi się Staff - "bo lepiej zgiń zmiażdżone cyklopowym razem, niżbyś żyć miało własną słabością przeklęte, rysą chorej niemocy skażone, pęknięte".

Przeczytałam ten wiersz pierwszy raz w dawnych czasach licealnych. Pożerałam wówczas książki wszelakie niczym wygłodniały kornik drewno. Miałam także zwyczaj prowadzenia zapisków rozmaitych - zeszyty wypełnione mniej i bardziej inteligentnymi przemyśleniami własnymi oraz ogromna ilością najrozmaitszych cytatów z dzieł czytanych. Te wersy z wiersza Staffa też się tam znalazły, bo doskonale wyrażały wówczas moje odczucia. Jak się okazuje - lata płyną, a odczucia się nie zmieniły.

Snułam się po moim niewielkim mieszkaniu niczym sfrustrowane zombie mamrocząc do siebie mową wiązaną i udając przed sobą, że jeszcze chwilka, a się uspokoję i zabiorę do pracy. O święta naiwności! Serce swoje, rozum swoje - weź tu człowieku przygotuj się do zajeć ze studentami w takich okolicznościach.

Sięgnęłam w końcu po gitarę i zaczęłam brzdąkać utwór ułożony przez Toksycznego Dżentelmena.

Kto wie... Może to te dźwięki, może odmienny nagle rytm wystukiwany przez krople deszczu na szybie, może Staff, a może jeszcze coś innego, ale niespodziewanie negatywne emocje zniknęły, jak gdyby ktoś wytarł je do czysta gąbką. I zaczęłam się śmiać. Śmiać bez powodu, śmiać bez ładu i składu, ot tak, po prostu, bo poczułam nagłą lekkość na sercu i w głowie. "Baruch Haszem! Baruch Haszem!" - powiedziałam do siebie śmiejąc się dalej i ciesząc się z tego śmiechu.

Może to właśnie najważniejsze dla mnie w mojej kulawej religijności - że mogę k(K)omuś podziękować za takie chwile, nawet jeśli nie wierzę w to, by ów k(K)toś rzeczywiście w nadprzyrodzony sposób ingerował w moje życie, wpływał na samopoczucie i rozwiązywał problemy. Baruch Haszem zatem.

A melodia, mam nadzieję, spodoba się i Wam.

Ot, takie plątanie werbalne bez ładu i składu przy okazji wtorkowego przedpołudnia.

niedziela, 07 marca 2010
Klepiąc biedę

Poklepałam Biedę po ramieniu chyba głównie z wdzięczności za to, że nie przyprowadziła ze sobą kuzynki Nędzy. Zaproponowałam kawę i herbatę. Ciastka niech Bieda sama sobie kupi, jak chce. Mnie na nie nie stać.

No dobrze, pewnie przesadzam. Prawdziwa bieda wygląda inaczej. Przesadzam z powodu Frustracji, która zamieszkała ze mną na dobre od stycznia. Frustracja jest na tle finansowym i nie zapowiada się, by w najbliższym czasie miała zamiar się wyprowadzić. Jej przyczyny bowiem nie leżą w moim postrzeganiu rzeczywistości - które mogłabym zmienić, gdyż mam na nie wpływ - ale w samej rzeczywistości, na którą wpływu nie mam żadnego.

Margot1976 zapytała, czy strajkuję. Czy polskie media istotnie trąbiły o protestach studentów i pracowników akademickich w Kaliforni? Tutejsze nie poświęciły im wiele uwagi. W końcu to tylko Kalifornia, jeden stan z wielu i to stan, którego nienajlepsza sytuacja gospodarcza nie jest żadną nowością. Tak, ludzie związani z kalifornijskim uniwersytetem wyszli na ulicę protestować przeciwko wzrastającym kosztom wyższego wykształcenia. Koszty wzrastają jednak wszędzie, nawet jeśli nie po równo. W końcu mamy kryzys.

Kryzys dotyka wszystkie stanowe uczelnie, także Indiana University. I niestety kryzys dotyka także studentów. Exemplum - ja.

Może nie najlepsze ze mnie exemplum, gdyż moją sytuację finansową określa kilka czynników, z których niektóre nie mają zupełnie nic wspólnego z kryzysem.

Zacznę od tego, który ma - płaca. Jestem doktorantem i jak wielu innych doktorantów utrzymuję się dzięki świadczeniu usług na rzecz uczelni. Usług edukacyjnych rzecz jasna - prowadzę zajęcia, sprawdzam prace pisemne i egzaminy etc czyli pracuję jako tzw. Assistant Instructor lub Teaching Assistant. Za tę pracę otrzymuję wynagrodzenie netto w zawrotnej kwocie ok. 1000 dolarów miesięcznie (fakt, że od tego dochodu odprowadzany jest podatek doprowadza mnie niezmiennie do śmiechu nieco wisielczego) plus uczelnia płaci za moje marne (marne, bo niewiele pokrywające) ubezpieczenie zdrowotne.

Czy wszyscy AI/TA dostają tak nędzne pieniądze? Nie. Płaca dla Student Academic Appointees w każdym wydziale ustalana jest przez władze College of Arts and Sciences. Nauki ścisłe dostają więcej niż humanistyka. W ramach humanistyki wiecej dostają angliści niż filozofowie. Filozofowie dostają więcej niż religioznawcy. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Wiele zależy tutaj od mniej lub bardziej skutecznego lobbowania profesorów danego wydziału. Innymi słowy - kto kogo zna i jak długo, kto kogo bardziej lubi, a kogo nieco mniej itp.

Mój wydział podobno radził sobie z tym lobbowaniem całkiem nieźle i byliśmy już na świetlanej ścieżce ku podwyżce dla AI/TA. Ale tu pojawił się Kryzys. Kryzys oznacza konieczność oszczędzania, a na kim lepiej oszczędzać niż na doktorancie, który i tak przecież na wydziale zostanie, jeśli mu na doktoracie zależy. Idea podwyżki odeszła w niebyt.

Ściśle rzecz biorąc podwyżki nie było dla nas już od paru ładnych lat. Tak się jakoś dziwnie składa jednak, że o ile, powiedzmy, dwa lata temu w Bloomington dawało się przeżyć za 1,000 dolarów miesięcznie, o tyle aktualnie nie jest to już możliwe. Ceny rosną czy co?

Jest moim marzeniem, żeby wszystkim członkom władz College of Arts and Sciences przyznać moje wynagrodzenie na czas, dajmy na to, dwóch miesięcy. Niech spróbują związać koniec z końcem. Może wtedy by zmądrzeli? Albo niech profesorom płaci się tyle samo za prowadzenie zajęć co mi. Może wówczas dostrzegliby, że wykonywana przez nas praca warta jest nieco więcej? A może rzeczywiście powinnam zastrajkować?

Mrzonki tego typu nie zagłuszą jednak skrzeczącej rzeczywistości. A skrzeczy sobie dziarsko i głośno drugi czynnik określający moją finansową sytuację - mianowicie moja studencka wiza F1. Studencka wiza jest dla studentów. Studenci przyjeżdżają do Stanów nie po to, żeby zbijać majątek, ale po to, by wytrwale studiować. Wiza F1 nie pozwala więc na szukanie zatrudnienia. Pozwala na pracę jedynie na kampusie danej uczelni i jedynie w wymiarze 20 godzin tygodniowo.

Efekt końcowy - w tym semestrze prowadzę całkiem zwykłe zajęcia, mam 41 studentów, prace pisemne, egzaminy itp. Oficjalnie zatrudniona jestem właśnie na te 20 godzin. Płacą mi za to $1,000 i nie mam możliwości legalnego zatrudnienia dodatkowego. Nielegalne pozostaje opcją, ale teoretycznie jedynie, bo taką pracę znaleźć w małym mieście nie jest łatwo.

Mam dach nad głową. Mam co jeść i mam nawet internet. Nie jestem więc tak naprawdę biedna. I naturalnie mogłoby być gorzej - w Polsce za prowadzenie zajęć dydaktycznych nie dostawałam ani grosza i gdyby nie to, że Rodzice zgodzili się mieć mnie na swoim utrzymaniu przez cztery dodatkowe lata, nigdy bym doktoratu nie napisała.

Mogłoby zatem być gorzej. Jakoś mnie to jednak nie pociesza. Właśnie zapłaciłam wszystkie miesięczne rachunki, ilość pieniedzy na koncie stała się znikoma, a kalendarz pokazuje mi, że jest dopiero początek miesiąca. I szlag mnie trafia.

niedziela, 21 lutego 2010
Celebrate EveryBODY

Rzadko sięgam po nasz studencki dziennik, gdyż zwykle niewiele jest w nim do czytania. Ostatnio jednak moją uwagę zwrócił tytuł na pierwszej stronie - "Celebrate EveryBODY Week".

Z artykułu dowiedziałam się, że luty jest miesiącem narodowej świadomości zaburzeń diety. Ta informacja zaciekawiła mnie jednak znacznie mniej niż fakt, że na mojej uczelni miał właśnie miejsce "Celebrate EveryBODY Week" czyli Tydzień Celebrowania Każdego Ciała.

- Co ty na to, moje ciało? - spytałam.

Zbliża się przerwa wiosenna. Tydzień wolny od zajęć, który wielu studentów spędzi daleko od Bloomington, w jakimś ciepłym miejscu, najlepiej z plażą i palmami. Studenci zrzucą ciepłe swetry i zimowe kurtki, zostawią w szafach czapki oraz rękawiczki i zaczną wciskać swoje ciała w kostiumy kąpielowe. Na kampusie są specjaliści od dobrego samopoczucia studentów. Ich zdaniem ów nadchodzący tydzień plażowej laby może wpędzić wielu studentów w stres typu "o matko, przytyłem i wyglądam okropnie!" Aby temu zaradzić zorganizowano Tydzień Celebrowania Ciała, a zestresowanych studentów zachęcano do tego, by polubili swoje ciała niezależnie od rozmiaru ubrań, którymi je okrywają.

Trudno mi powiedzieć, czy ta troska bardziej mnie wzruszyła czy rozbawiła. Próbowałam sobie przez moment przypomnieć, czy moja pierwsza alma mater kiedykolwiek wykazała tak wiele zainteresowania i troski o moje samopoczucie psycho-fizyczne. Ujrzałam oczyma wyobraźni wielki transparent nad bramą UW: "Pokochaj swoje ciało!" i zaczęłam chichotać w sposób niekontrolowany.

Tydzień Celebrowania jednak zobowiązuje. Postanowiłam się przyjrzeć moim nawykom żywieniowym. Niczego ciekawego się tam nie dopatrzyłam. Warzywa i warzywa, a do tego jeszcze trochę warzyw i owoców. Postanowiłam poszukać innego sposóbu na to, by okazać memu ciału mój ciepły do niego stosunek. Zabrałam je na basen.

- No dalej, ciało kochane, potrafisz, potrafisz - zachęcałam je do dalszego wysiłku w przyjemnie chłodnej wodzie basenu. Ciało wciągnęło nosem sporo wody podczas kolejnej nieudanej próby płynięcia prawidłowym kraulem. Ciało stanowczo woli żabkę, więc wróciłam do tego stylu. Nagły ból w barku po mocniejszym pociągnięciu ramionami zasygnalizował mi, że ciało chyba wolałoby zająć się jednak czymś innym. Wyciągnęłam je zatem z wody i starannie osuszyłam miękkim ręcznikiem. Ciało zamruczało przyjaźnie i dało mi do zrozumienia, że poprawnie zinterpretowałam wysyłane mi przez nie sygnały.

- To co, kochane moje? Idziemy do domu? - spytałam troskliwie. Ciało nie zaprotestowało. W domu zapragnęło nagle poczuć jakiś przyjemny aromat, więc zapaliłam kadzidełko. Następnie zafundowałam ciału niewielki masaż połączony z intensywnym nawilżaniem skóry odpowiednim kremem.

Ciało dało mi znać, że nadeszła pora na jakąś niewielką przekąskę.

- Co byś zjadło? - zapytałam otwierając lodówkę - Może marchewkę? Taką mamy tu ładną, świeżą.

Wsłuchałam się w dochodzące z mojego wnętrza sygnały. Głucha cisza. Ciało chyba nie chciało marchewki. Z podobną reakcją spotkała się propozycja zjedzenia sałatki. Spoglądając na owoce ciało jedynie się skrzywiło. Atrakcyjna zupa wielowarzywna również nie wzbudziła jego entuzjazmu. Powoli traciłam pomysły. Moja lodówka nigdy nie jest przepełniona bogactwem towarów, więc wybór był dość ograniczony.

- Daj mi lody! - ryknęło w końcu zniecierpliwione ciało.

Nałożyłam na talerzyk porcję lodów o trzech różnych smakach czekoladowych i posadziłam ciało w wygodnym fotelu. Ciało uśmiechnęło się do mnie promiennie.

Już wiem - moje ciało jest sybarytą!

Nie jestem pewna, czy o to właśnie chodziło organizatorom Tygodnia, ale przynajmniej próbowałam...

środa, 10 lutego 2010
Mini śniegokalipsa

Efekty śnieżycy w Waszyngtonie i okolicach podobno relacjonowały polskie media. Tutejsze pisały i mówiły o śniegogeddonie oraz śniegokalipsie narrację ubarwiając zdjęciami lub filmami pokazującymi sparaliżowaną stolicę tudzież jej mieszkańców brnących przez śnieg albo cieszących się bitwami na śniegowe kule. Śniegowe opady dotarły również do Bloomington. Lokalne stacje telewizyjne straszyły nadchodzącym kataklizmem już we wczesnych godzinach wieczornych. O matko - spaść może aż 30 centrymetrów śniegu!

Rzeczywiście straszna rewelacja. Kto by w końcu spodziewał się śniegu w lutym. Służby miejskie postawiono w stan wysokiej gotowości bojowej, piaskarki i pługi wyruszyły na ulice w ciemnościach nocnych, by zapewnić bezpieczeństwo kierowcom, którzy rano mogliby chcieć udać się do pracy. W wieczornych wiadomościach pokazano fragmenty odprawy grupy kierowców pługów. Do złudzenia przypominała spotkanie generałów sił zbrojnych, którzy pochyleni nad mapami ze zmarszczonymi czołami planują zaczepno-obronne działania wymierzone w straszliwego wroga.

Wróg okazał się nie taki straszny. Kiedy wyjrzałam rano przez okno, śnieg owszem był, ale w znacznie mniejszych ilościach niż straszyli nas meteorolodzy. Może 15 centymetrów. Zdziwiłam się więc ogromnie, gdy w lokalnym radiu usłyszałam, że wszystkie szkoły publiczne w hrabstwie Monroe zostały zamknięte. Dzień wolny dla dzieci i młodzieży z powodu śniegu.

Śniegowe dni wolne zdarzają się tutaj bardzo często. Można by było pomyśleć, że zima jest na Midweście czymś tak niespotykanym, że nagłe pojawienie się jej białych przejawów nawet w ograniczonych ilościach z konieczności musi pociągać za sobą paraliż szkolnictwa. Nie jest źle być uczniem w Bloomington, skoro 15 centymetrów śniegu oznacza dzień wolny od lekcji.

W przypadku naprawdę dużych opadów śniegu zamykanie szkół ma pewien sens. Do okolicznych szkół uczęszczają dzieci z najrozmaitszych części hrabstwa Monroe, a mieszkańcy niektórych jego okolic nigdy nie mają przyjemności zobaczyć śladów działalności pługów śnieżnych. Kiedy śniegu spadnie, powiedzmy z pół metra, szkolne autobusy nie mogą dojechać do dalej położonych domów, nie mogą odebrać i zawieźć do szkoły dzieci, więc szkoły się zamyka. Najwyraźniej wedle lokalnych władz lepiej jest szkoły zamknąć niż postawić niektóre dzieci w sytuacji nieuniknionej i niezawinionej nieobecności podczas cennych godzin lekcyjnych. Ta logika wydaje mi się nieco dziwna, ale cóż, ja jestem w końcu nietutejsza.

Niestety uniwersytet zamykany jest rzadko. Student nie dziecko, może się przekopać na zajęcia.

sobota, 24 października 2009
Dlaczego tyjemy w Ameryce?

Dlaczego tyjemy my - czyli Europejczycy. O tym, że tyją Amerykanie, wie cały świat (a w każdym razie ta jego - znikoma - część, którą ten fakt o amerykańskim społeczeństwie w ogóle może zainteresować). Dlaczego jednak szczupli Europejczycy w Ameryce prędzej czy później - zwykle prędzej - zaczynają przybierać na wadze?

Ja przytyłam upiornie podczas pierwszego roku pobytu w Stanach. Gdy przyleciałam na wakacje do Polski z ust stęsknionych członków Rodziny usłyszałam między innymi pełne osłupienia "o matko, aleś przytyła..." Nie były to słowa, którymi chciałam być powitana, ale nie dało się ukryć (ani zakryć), że reakcja ta miała swoje uzasadnienie, o czym przekonałam się po wejściu na wagę. Tak, tutaj nie miałam wagi, a konieczność nabycia nieco większych ubrań jakoś nie wzbudziła mojego niepokoju. Jak to mawiają - ignorance is bliss.

"Wszyscy tu tyją", pocieszała mnie Znajoma Polka, gdy wiedza o dodatkowych kilogramach na dobre do mnie dotarła.

Chyba rzeczywiście wszyscy. Właśnie spotkałam w sklepie znajomą Paryżankę, której nie widziałam od wyjazdu do Waszyngtonu. "Jak szczupło wyglądasz!", wykrzyknęła na mój widok, a ja niestety nie mogłam się odwzajemnić. Znajoma bowiem przytyła i to okropnie. Podobnie jak ja - przez pierwszy rok swojego pobytu za oceanem.

Dlaczego więc tyjemy? W moim przypadku głównym winowajcą była chyba słabość do lodów. O ile Amerykanie kompletnie nie potrafią robić dobrych ciast czy ciastek, o tyle są pewne firmy, które produkują zupełnie fenomenalne moim zdaniem lody. Jadłam je więc. Taki smak, owaki smak, a ten też warto spróbować... Jadłam i rosłam. Czy znajoma Paryżanka również padła ofiarą tej pokusy? A może zaczęła opychać się niezwykle tutaj popularną pizzą?

Słyszałam, że sprawa jest bardziej złożona. Podobno nawet osoby, które po przyjeździe tutaj nie zmieniają nawyków żywieniowch, zaczynają tyć, a to z powodu różnych szczególnych składników, które dodawane są do produktów żywnościowych w Stanach, a nie są używane w Europie. Jakie to składniki? Nie mam zielonego pojęcia. Niestety na żadnej z informacyjnych etykiet nie udało mi się odnaleźć zapisu w rodzaju "pogrubiacz - 10%"

A może jednak zaczynamy opychać się tanim fast foodem? Prawdą jest, że trudno tutaj nie utyć, jeśli ma się mało pieniędzy. Najtaniej jest żyć na hamburgerach i frytkach. Najwięcej wydaję na jedzenie, gdy kupuję świeże warzywa. A jeśli jeszcze zachce mi się warzyw opatrzonych naklejką "organic"... Gdy w budżecie robi się ciasnawo, najprostszym rozwiązaniem jest sięgnięcie po mrożone frytki albo pizzę. Widać to szczególnie w okolicach pośredniaka - wyraźnie im biedniej, tym grubiej. Może więc Europejczycy tyją z oszczędności?

czwartek, 22 stycznia 2009
Na pobojowisku

Moje mieszkanie coraz bardziej przypomina pobojowisko. Trudno w tych warunkach zachować pozory normalności. Plączę się więc pomiędzy pudłami, upycham dobytek i narasta we mnie przygnębienie.

Nie cierpię się pakować. Nie znoszę wyjeżdżać.

Najwyraźniej niezbyt nadaję się do życia w amerykańskiej rzeczywistości, która cechuje się między innymi, jak wiadomo, wysoką mobilnością populacji. Ja stanowczo jestem średnio mobilna. Oczywiście, mogę się spakować, mogę wynająć mieszkanie w innym mieście, mogę się do tego mieszkania przenieść. Wszystko to męczące i uciążliwe, ale fizycznie wykonalne. Ba, jest w tym nawet coś, powiedziałabym, wyzwalającego - w świadomości, którą wielu tutaj ma, że zawsze można spakować manele, wrzucić wszystko do samochodu, pojechać na zachód, wschód, północ lub południe i w razie potrzeby zacząć życie na nowo.

Życia na nowo zaczynać nie zamierzam i obawiam się, że nie byłabym do tego zdolna.

Lubię mieć korzenie albo choćby korzonki zapuszczone w jeden punkt.

W odróżnieniu od większości moich znajomych studentów, którzy przeprowadzają się do nowych lokali praktycznie na początku każdego roku akademickiego, ja uparcie tkwiłam w tym samym mieszkaniu. Wysoce prawdopodobne, że mogłam znaleźć lepsze, ale nawet nie szukałam. Zamiast rozglądać się za nowym miejscem starałam się z tego, w którym byłam, uczynić swój dom. Powoli, krok po kroku wypełniałam przestrzeń nie tylko przedmiotami, ale także - a może przede wszystkim - myślami, uczuciami, wspomnieniami. Oswajałam swoje mieszkanie.

Podobnie oswajałam Bloomington, które z miesiąca na miesiąc coraz bardziej stawało się moim miastem. Dziś je za takie uważam. Powinnam zapewne żałować, że siedziałam cały czas na tyłku, zamiast przemierzać wielkie przestrzenie tego wielkiego kraju, ale jakoś nie żałuję. Wyżej od nomadycznego bytowania, które ponoć właściwe jest wszystkim ludziom żyjącym w postmodernistycznych czasach, cenię sobie psychiczne zakorzenienie i związane z nim - choćby złudne - poczucie bezpieczeństwa.

Co tu dużo gadać, dobrze jest się czuć swojsko w jakimś miejscu. Mieć swój sklep, ulubioną knajpkę, swojego fryzjera i panią na stacji benzynowej, której nie muszę nawet już mówić, jakie papierosy chcę kupić. Dobrze jest wiedzieć, gdzie najlepiej pójść na kawę, a gdzie dają przyzwoitą pizzę. Dobrze jest widywać codziennie te same drzewa i krzewy, obserwować je w różnych porach roku, patrzeć, jak się zmieniają i jakie ptaki tym razem postanowiły na nich zbudować swoje gniazda.

Będzie mi brakowało Bloomington.

Jak to możliwe, że ja w ogóle wyjechałam z Warszawy i z Polski? Ot, tajemnica.

niedziela, 18 stycznia 2009
Garść krzywdzących uogólnień, ale z serca

W Waszyngtonie zaczyna się już szaleństwo związane z nadchodzą inauguracją Obamy. Sama się nie wybieram, ale zamierzam obejrzeć inauguracyjne przemówienie nowego prezydenta. I mam nadzieję, że będzie dobre. Mam nadzieję, że będzie podobne do słynnego przemówienia "Yes, we can".

Włączyłam sobie właśnie świetny klip sprzed paru miesięcy i przypomniało mi się, jak znajomi deklarowali, że zagłosują na Obamę między innymi dlatego, że ten człowiek potrafi obudzić nadzieję.

Czy ktokolwiek powiedziałby coś podobnego o jakimkolwiek polskim polityku?

Pamiętam komentarze wielu polskich internautów na temat tego klipu i przemówienia. Że wielkosłowie, że puste, że naiwne, że o matko, kto może kupić takie podniosłe ględzenie... Robiło mi się wówczas po prostu niedobrze - niedobrze od zalewu goryczy i cynizmu obecnego w tych i wielu innych komentarzach. Powiedzmy sobie szczerze: gdyby na polskiej scenie politycznej pojawił się odpowiednik Baracka Obamy, zostałby bezlitośnie wyśmiany.

Bo Polacy nie chcą słyszeć "yes, we can". Polacy chcą słyszeć, że nic nie możemy, że życie jest do niczego, że władza jest wrogiem, że odpowiedzialność za państwo ponosi każdy tylko nie ja, że wszyscy kradną, a jak nie kradną, to tylko dlatego, że nie mają okazji, ale gdyby ją mieli, to zaraz napchaliby sobie kieszenie, że politycy chcą wyłącznie dopchać się do żłobu, itd., itp.

Ja wiem, że to częściowo przez historyczne garby. Amerykanie nie mieli takich doświadczeń, jak Polacy. Można tu zaraz wyliczać wszystkie nieudane powstania, rzezie Pragi i innych miejsc, szwedzkie i rosyjskie potopy, rozbiory, wojnę, komunizm, faszyzm i co tam jeszcze komu przyjdzie do głowy. Polacy to naród z wielkim i ciężkim historycznym garbem. Ale przez ile jeszcze pokoleń będziemy się tym tłumaczyć?

Przez ile pokoleń jeszcze będziemy sobie powtarzać, że musimy być cyniczni i zgorzkniali, bo taką mieliśmy przeszłość, że ciągle nas ktoś deptał albo zdradzał?

A w mniejszej i nieco bliższej skórze skali - jak długo będziemy sobie wmawiać, że chamstwo, agresja i brak kompetencji pani w urzędniczym okienku bierze się z tego, że ona biedaczka tak mało zarabia? Że profesor na uczelni nie może poświęcać więcej czasu studentom, bo generalnie ma ciężkie życie?

Polacy tak strasznie sobą gardzą, tak bardzo sobie nieufają, tak bardzo siebie nie lubią. Czy to się kiedyś zmieni?

Mam nadzieję, że tak. Wierzę, że tak. Ale kiedy? A może już się zmienia, tylko ja jestem zbyt daleko, żeby to zobaczyć? Oby tak było.

Tak, ja wiem, że to krzywdzące uogólnienia, ale czy naprawdę nie ma w nich całkiem sporego ziarna prawdy, które uparcie siedzi w bucie i uwiera w piętę, która z dnia na dzień robi się coraz bardziej obolała, coraz bardziej czerwona i nabrzmiała bólem?

W każdym razie dziś cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem - bo "in the unlike story that is America, there has never been anything false about hope"

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12