Ponownie na Midweście
czwartek, 26 marca 2009
Louise Bourgeois czyli wiszenie w powietrzu

Obejrzeć wystawę prac Louise Bourgeois w Hirshhorn Museum wybrałam się bodaj w ubiegłym tygodniu. Bodaj, ponieważ ostatnio czas zlewa mi się jakoś w jedną półprzejrzystą masę, coś na kształt przeźroczystej rtęci, gdyby taka istniała i rozróżnienie poszczególnych dni - nie mówiąc już o zapamiętaniu dat - staje się dziwnie niemożliwe.

Wybrałam się rzecz jasna z aparatem. Teraz prawie nigdzie nie wychodzę bez niego. Krótkie klipy nagrywałam ukradkiem, niczym złodziej, rozglądając się, czy aby gdzieś w rogu nie czai się ktoś z ochrony, żeby nagle dopaść mnie z okrzykiem: "no cameras!"

Chciałabym napisać coś o niesamowitych rzeźbach i instalacjach pani Bourgeois, która od lat mieszka w tym samym nowojorskim mieszkaniu i stamtąd spogląda w świat swojej wyobraźni, swoich wspomnień z dzieciństwa, by stworzyć następnie niezwykłe obiekty, które zaburzają porządek rzeczy i są być może same wyrazem takiego zaburzenia.

Cóż począć jednak, gdy język, zamiast być giętki i powiedzieć, co wymyśli głowa, staje człowiekowi niczym drewniany kołek kością w gardle, a i sama głowa, zamiast myśleć, wiruje na podobieństwo tej kobiety-spirali, nie wiedząc, która strona jest lewa, a która prawa i czekając, sama nie wie, na co...

Wtedy pozostają obrazy i dźwięki z nadzieją, że będą mówić same za siebie.

10:03, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (11) »
czwartek, 19 czerwca 2008
Zmarnowana okazja - "Defiance"

Przeczytałam właśnie tekst Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego "Wymazany Aron Bell" o partyzantce braci Bielskich i powstającym właśnie w Stanach filmie jej poświęconym zatytułowanym "Defiance".

Zrobiło mi się smutno.

O partyzantce braci Bielskich, którzy stworzyli w czasie Zagłady leśne żydowskie miasteczko napisano całkiem sporo, choć rzeczywiście nie w języku polskim. Z tego, co napisano, wyrasta obraz, w którym biel splata się z czernią, heroizm z brutalnością, bohaterstwo ze zbrodnią.

Dobrze wiadomo, że partyzanci najróżniejszych ugrupowań, podczas najróżniejszych wojen, dopuszczają się i dopuszczali aktów przemocy wobec ludności cywilnej. Partyzanci muszą jeść. W warunkach optymalnych cieszą się wsparciem mieszkańców okolicznych wsi i korzystają z ich pomocy. W warunkach normalnych wsparcie owo muszą wymuszać przemocą - muszą, krótko mówiąc, kraść, plądrować, terroryzować tych, którzy pomagać nie chcą, czasem ich zabijają.

Czy to umniejsza ich bohaterstwo? Oczywiście tak. Czy to czyni z nich zbrodniarzy? Oczywiście nie. Czyni to z nich jedynie ludzi swojego miejsca i czasu. Ludzi czasu wojny i przemocy.

Ale naturalnie my wolimy pomniki, jak pisał klasyk. My, Słowianie i różni inni my. Wolimy stawiać nieskażone monumenty. Na przykład Ogniowi, na przykład Dmowskiemu, na przykład braciom Bielskim.

Naliboki były jedną z wsi, które odmówiły pomocy lokalnej partyzantce związanej z władzami sowieckimi. Wiemy, że miejscowość została napadnięta przez partyzantów 8 kwietnia 1943 roku. Wiemy, że zginęło ok. 128 jej mieszkańców. Wedle ustaleń IPN w napadzie uczestniczyli również partyzanci z grupy braci Bielskich.

W nowym filmie nie ma nic na temat tego epizodu. W trailerze filmu padają liczne piękne słowa.

- Będziemy bronić każdego, kto pozostał przy życiu.

- Polują na nas, jak na zwierzęta, ale my nie staniemy się zwierzętami.

- Każdy dzień wolności jest aktem wiary.

Nie mam wątpliwości co do tego, że bracia Bielscy dokonali czynów bohaterskich. Ale czy to koniecznie musi oznaczać, że zapomnimy o złu, którego również dokonali? Czy konieczny jest kolejny nieskażony pomnik? Czy nie lepsza by była rzetelna refleksja nad tamtą koszmarną rzeczywistością, w której obrona własnego życia często wiązała się z krzywdą wyrządzoną komuś innemu, kto także chciał własnego życia bronić?

Niedawno przewodniczący Światowego Kongresu Żydów, Ronald Lauder, opublikował artykuł w Rzeczpospolitej. Napisał w nim między innymi:

Dziś [Polska] jest znaczącym członkiem Unii Europejskiej i bardzo bliskim europejskim sojusznikiem Izraela. Chciałbym, żeby stała się jednocześnie przyjacielem Żydów. Będzie to wymagało woli i otwartości obu stron. Potrzebna będzie uczciwość, odwaga, chęć przyjrzenia się sobie, a także ludzie, którzy pokierują procesem przezwyciężania uprzedzeń rzucających cień na nasze wzajemne relacje w przeszłości.

Uczciwość, odwaga, chęć przyjrzenia się sobie. No właśnie.

15:29, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (3) »
wtorek, 27 maja 2008
"Arranged"

Aranżowane małżeństwa wiele kobiet przepełniają szczerą i zupełną zgrozą. Mnie, muszę przyznać, jakoś nie, choć, oczywiście, łatwo mi mówić - nic takiego mnie nie spotkało i raczej w życiu nie spotka.

Obejrzałam w niedzielę pełen wdzięku film poruszający między innymi tę kwestię: "Arranged". Dwie młode kobiety - jedna wychowana w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej, druga w tradycyjnej rodzinie muzułmańskiej. Spotykają się w nowym miejscu pracy - jednej ze szkół na Brooklynie. I obie stają wobec tych samych problemów: planów małżeńskich oraz braku zrozumienia ze strony niektórych osób w otoczeniu.

Trzy ciekawe sprawy:

1) Czy możliwa jest przyjaźń pomiędzy religijną Żydówką a religijną muzułmanką? Podczas jednej z lekcji pytają o to dzieci. Właściwie nie pytają, a stwierdzają: panie nie mogą się przyjaźnić, mówią, bo przecież muzułmanie nienawidzą Żydów i chcą ich zepchnąć do morza. Prawda jednakże ma to do siebie, że nie musi być prawdopodobna. Wątek przyjaźni pomiędzy dwiema głównymi bohaterkami filmu zaczerpnięty jest z życia - z życia pewnej nowojorskiej ortodoksyjnej Żydówki, która skontaktowała się kiedyś z reżyserem mówiąc mu, że ma pomysł na film.

2) Dyrektorka szkoły, w której pracują główne bohaterki, uważa się za kobietę wyzwoloną i widok dwóch młodych, pięknych kobiet, które jej zdaniem stłamszone są dziwacznymi, przestarzałymi tradycjami swoich religii, budzi w niej szczere współczucie i potrzebę działania. Zmieńcie swoje życie, mówi im. Kupcie jakieś porządne ubrania! Wyrwijcie się z tego zaklętego kręgu! Tyle że bohaterki wcale nie czują się zniewolone. "Dlaczego tradycja musi dla pani być równoznaczna z nonsensem?", pyta jedna z nich i nie otrzymuje odpowiedzi.

Czy to oznacza, że tradycja nie przynosi z sobą problemów? Ależ skąd, przynosi. Ojciec muzułmanki przyprowadza do domu kandydata na męża, starego przyjaciela rodziny, który u kandydatki na żonę budzi wyłącznie odrazę. Młoda Żydówka spotyka się z kolejnymi kandydatami na mężów na spotkaniach zaaranżowanych przez swatkę i z każdego chce uciekać dokąd pieprz rośnie (sceny z tych spotkań należą zresztą do najlepszych w filmie).

3) Czy to jest właśnie to, czego obie kobiety chcą w życiu i od życia? Tego nie powiem, żeby nie psuć Wam przyjemności oglądania filmu.

A polecam go serdecznie. Może jest nieco naiwny. Ale z pewnością pełen jest przesympatycznego, inteligentnego wdzięku. Sama przyjemność.

19:35, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (9) »
wtorek, 01 kwietnia 2008
Din Din Awiw

Uwagę na tę izraelską piosenkarkę zwrócił mi jeden z Czytelników tego bloga, za co mu jestem wdzięczna - bo warto wiedzieć o Din Din Awiw, jeśli lubi się posłuchać głosów śpiewających po hebrajsku.

Może pamiętacie piosenkę "Im telech" Idana Raichela. Śpiewa ją właśnie Din Din Awiw. Wkrótce po tym, jak powstała ta piosenka, wyprodukowała ona własną płytę zatytułowaną "Sodotai", czyli "Moje tajemnice".

Din Din Awiw przyszła na świat w 1974 roku jako Dina Awiw. Jej rodzice jednak szybko zmienili zdanie, co do imienia córki - i tak mamy Din Din. Din Din wychowała się w domu pełnym muzyki - jej matka sama śpiewa, jej ojciec gra jazz. Córka była praktycznie skazana na muzykę.

Zanim sukces na izraelskich listach przebojów odniosła piosenka "Im telech", Izraelczykom przypadł do gustu inny utwór, który Din Din nagrała z grupą Gaja - "Jachad" znany również jako "Szir le'ahawa".

Parę utworów z płyty "Sodotai" Din Din Awiw wyprodukowała wspólnie z Jael Naim. W tym tytułową piosenkę "Sodotai".

02:18, kakofonia , Kultura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 lutego 2008
Jael Naim

Słyszałam tę piosenkę w radiu wielokrotnie, ale nie miałam pojęcia, kto ją śpiewa. Teraz już wiem - to Jael Naim. Jael urodziła się w Paryżu, większość życia mieszkała w Ramat Hacharon, niewielkim mieście nieopodal Tel Awiwu. Jej rodzice przyjechali do Francji z Tunezji, a z Francji do Izraela kiedy Jael miała 4 lata.

W domu były organy, które nie dawały jej spokoju, a ona nie dawała spokoju im. W rezultacie znalazła się w muzycznym konserwatorium, gdzie przez dziesięc lat uczyła się grać na fortepianie. Była pod wielkim wrażeniem filmu "Amadeusz", koniecznie chciała komponować wielkie symfonie. Jej ojciec w domu puszczał Beatelsów i Jael porzuciła swoje ambicje w zakresie muzyki klasycznej i zaczęła komponować innego rodzaju utwory. Potem usłyszała Arethę Franklin i stwierdziła, że głos to też ważna rzecz. Szczęśliwie okazało się, że sama też może śpiewać.

W Izraelu zaczęła poznawać lokalną scenę muzyczną i muzyków. I tak to się zaczęło...

Dziś piosenka "New Soul" przebiła się do pierwszej dziesiątki amerykańskich list przebojów. Billboard nazwał ją "hot shotem", a piosenka to najwyżej notowany debiut w historii czasopisma. A miesiąc temu jeszcze nikt o Jael Naim w Stanach nie słyszał...

W marcu w Stanach ma się ukazać jej płyta. W październiku została opublikowana we Francji. Całość można już kupić na iTune.

Z uwagi na moją słabość do hebrajskiego, oto piosenka po hebrajsku (ale o Paryżu) z tegoż albumu:

17:04, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 11 lutego 2008
Babcia Turner, dziadek Hancock

Oglądałam sobie wczoraj jednym okiem i jednym uchem ceremonię Grammy's. Szczerze mówiąc nie pasjonuję się branżą muzyczną. Słucham tego, co mi się podoba niezależnie od panujących mód i gwiazd przelatujących po muzycznym nieboskłonie na podobieństwo komet.

Ale kiedy na scenie pojawiła się babcia Turner... Kto nie chciałby mieć takiej babci?!

Podoba mi się "Rehab" Winehouse, która ma zupełnie rewelacyjny głos. Żałuję, że nagrody nie dostał Timbaland za swój ostatni album. Nie obraziłabym się, gdyby nagrodzono Seala za "Amazing". Justin Timberland nie budzi we mnie żadnych wzruszeń, choć mam parę jego piosenek w zestawie do gimnastyki. Podobnie jak parę piosenek Beyonce, przy których też dobrze mi się podryguje tudzież przeciąga.

Ale co z tego pozostanie za, powiedzmy, dziesięć lat? A za piętnaście? Otóż nic z tego nie pozostanie.

Obroni się za to babcia Turner.

Obroni się Herbie Hancock.

Oni już są nieśmiertelni. Do innych gwiazd - tych nagrodzony i tych pominiętych - doskonale pasuje określenie Żeromskiego: "młodzi nieśmiertelni bieżącego sezonu".

17:27, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 04 lutego 2008
Chad gadia

"Chad gadia" czyli "Małe koźlątko" to pieśń, którą śpiewa się pod koniec sederu pesachowego. Sposób, w jaki ją się wykonuje, przyćmiewa nieco drastyczny charakter tekstu: zebranym wokół sederowego stołu przypisuje się postaci wymienione w utworze z zadaniem wydania w odpowiednim momencie z siebie dźwięku, który będzie oddawał charakter owej postaci. Efekty bywają czasem naprawdę zabawne. Podczas ostatniego sederu mi przytrafił się Anioł Śmierci. Nie było mi łatwo wymyślić dźwięk, który może z siebie wydawać taka budząca grozę postać.

Może to wyglądać na przykład tak:

Tekst "Chad gadia" jednak wcale wesoły nie jest, o czym przypomniałam sobie niedawno czytając wiersz Jehudy Amichaja "Arabski pasterz szuka swojego koźlątka na Górze Syjon", który znalazłam w podręczniku do hebrajskiego.

Arabski pasterz szuka swojego koźlątka na Górze Syjon,
Na przeciwległym wzgórzu szukam swego małego syna.
Arabski pasterz i żydowski ojciec
W tymczasowej porażce.
Nasze głosy spotykają się powyżej
Nad Sadzawką Sułtana w dolinie pomiędzy nami.
Żaden z nas nie chce, by syn i koźlątko
Dostali się w straszną maszynę chad gadia...

(Przekład mój i kulawy, lepiej przeczytać oryginał, rzecz jasna.)

Czym jest ta "straszna maszyna chad gadia", o której pisze Amichaj? By to zrozumieć, wystarczy zerknąć na tekst tej pieśni:

Małe koźlątko,
które mój ojciec kupił za dwie monety.
Przyszedł kot i zjadł koźlątko,
które mój ojciec kupił za dwie monety.
Przyszedł kot i ugryzł kota,
który zjadł koźlątko,
które mój ojciec kupił za dwie monety.
I przyszedł kij i zbił psa,
który ugryzł kota,
który zjadł koźlątko...

I tak dalej... Po kiju pojawia się ogień, który spala kij. Potem woda, która gasi ten ogień. I kozioł, który wypija wodę. I rzeźnik, który zabija kozła. I Anioł Śmierci, który zabija rzeźnika. A na koniec - Święty, niech będzie błogosławiony - który niszczy Anioła Śmierci.

Koniec może jest optymistyczny, ale cała reszta naprawdę powinna napawać smutkiem, może nawet zgrozą, choć taka ponoć jest właśnie natura rzeczy. Machina chad gadia toczy się i toczy.

Jest i inna wersja "Chad gadia" napisana w 1989 roku przez Chawę Alberstein. Parę lat temu można było jej posłuchać podczas krakowskiego festiwalu. To jedna z największych postaci izraelskiej sceny muzycznej, a historia jej i jej muzyki w znacznej mierze odzwierciedla historię samego Izraela. Urodziła się notabene w Szczecinie.

Alberstein napisała swoją wersję "Chad gadia" po wybuchu pierwszej intifady. Israel Broadcasting Authority zakazało jej puszczania - miała być antypaństwowa. Na szczęście ówczesny prokurator generalny Josef Harisz szybko wtedy zareagował. A Alberstein nie przestała krytycznie odnosić się do różnych aspektów izraelskiej polityki.

"Chad gadia" Alberstein ma inną linię melodyczną niż wersja tradycyjna, znacznie ostrzejszą, znacznie bardziej przejmującą i drapieżną, szczególnie w tym wykonaniu, które pochodzi z filmu Amosa Gitai "Free Zone". Tekst zaczyna się zaś tak samo i zmienia dopiero w wersach dopisanych pod koniec. Pojawia się Święty, niech będzie błogosławiony, ale po nim pojawiają się pytania (w wersji tutaj od 3:06)

Ale dlaczego śpiewasz Chad gadia?
Jeszcze nie wiosna, jeszcze nie Pesach.
I co się dla ciebie zmieniło?
Co się zmieniło?
Ja się zmieniłam.

We wszystkie noce zadawałam tylko cztery pytania.
Dziś mam jeszcze jedno:
Jak długo będzie się toczyć to koło przemocy?
Ścigający ściganym,
Bijący bitym,
Kiedy skończy się to szaleństwo?

Co ci się stało? Co się zmieniło?
Ja się zmieniłam tego roku.
Byłam owcą i małym, spokojnym koźlątkiem -
Dziś jestem tygrysem i żarłocznym wilkiem.
Byłam już gołębiem i byłam sarną,
A dziś już nie wiem, kim jestem.

Wema pitom at szara chad gadia,
awiw od lo higia upesach lo ba
uma hisztana lach, ma nisztana
ani hisztaneti li haszana

Szebechol haleilot, bechol haleilot
szaalti rak arba kusziot
halaila haze jesz li od szeela
ad matai jimaszech maagal haima
rodef hu nirdaf, make hu muke
matai jigamer hateruf haze

ma hisztana lach, ma nisztana
ani hisztaneti haszana
haiti paam kewes ugdi szalew
hajom ani namer uzeew toref
haiti kwar jona wehaiti cwi
hajom eini yodaat mi ani

ומה פתאום את שרה חד גדיא
אביב עוד לא הגיע ופסח לא בא
ומה השתנה לך מה השתנה
אני השתנתי לי השנה
ובכל הלילות בכל הלילות
שאלתי רק ארבע קושיות
הלילה הזה יש לי עוד שאלה
עד מתי יימשך מעגל האימה
רודף הוא נרדף מכה הוא מוכה
עד מתי ייגמר הטירוף הזה
ומה השתנה לך מה השתנה
אני השתניתי לי השנה
הייתי פעם כבש וגדי שליו
היום אני נמר וזאב טורף
הייתי כבר יונה והייתי צבי
היום איני יודעת מי אני

02:53, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (3) »
niedziela, 20 stycznia 2008
Szotei Hanewua

To moje najnowsze odkrycie muzyczne. Nieco spóźnione, prawdę mówiąc, ale usprawiedliwia mnie trochę to, że dopiero w 2005 Szotei Hanewua zostali wybrani grupą roku w Izraelu.

Sami swoją muzykę określają jako mieszankę dub reagee, hip-hopu i dance. Wydali dotychczas dwie płyty: "Szotei Hanewua" w 2000 roku i w 2005 "Mechapsim et Dorot".

Mi szczególnie przypadła do gustu na razie piosenka "Ein ani" z pierwszej płyty. Usłyszałam ją pierwszy raz oglądając "Free Zone" Amosa Gitai - stanowi w filmie podkład do jednej z ważnych scen.

Wideo przedstawia różne widoki z Izraela, średnio to pasuje, ale popatrzeć można i tak.

כן איזה כייף יהיה בסוף ימי
כשכל החברה ידברו עלי
יגידו שהייתי I&I
בשעות רצון בשעות הפנאי

אין אני אין אני אין אני אין אני אין אני

כשמישהו יגיד דבר אחר
אני פשוט אעוף בלי לדבר
ואתפזר בשקט בחלל
ללא ריגשות אשם ובלי אבל

Ale będzie fajnie na koniec moich dni
Gdy wszyscy przyjaciele będą o mnie mówić
Powiedzą, że byłem ja&ja
Kiedy było dobrze, kiedy było przyjemnie

Nie ma mnie, nie ma mnie, nie ma mnie...

Jeśli ktoś powie coś innego
Po prostu odlecę bez słowa
Rozpłynę się cicho w przestrzeni
Bez poczucia winy, bez żadnego "ale"

PS: Zapomniałam dodać, że kilka utworów Szotei Hanewua można posłuchać na ich stronie na MySpace.

19:24, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 24 września 2007
Marcel Marceau

Zmarł Marcel Marceau

Z książki "O sobie" Krzysztofa Kieślowskiego:

Chciałem poznać ich naprawdę, a nie tylko dowiedzieć się, jak wyglądają i jaką dysponują techniką. Często więc rozmowy wkraczały w niespodziewany, ciekawy rejon. Trzydziestoletnia aktorka opowiadała, że kiedy jest smutnam wychodzi na ulicę, do ludzi. Kilka razy już słyszałem we Francji takie opowiadania, wydawały mi się fikcją literacką, pytałem więc o szczegóły. Po co wychodzi? Co może zdarzyć się na ulicy smutnej dziewczynie? Jakiś konkret, przykład. Przypomniała sobie historię sprzed sześciu lat. Przeżywała jakieś załamanie i wyszła na dwór. Na ulicy dostrzegła sławnego francuskiego mima Marcela Marceau. Był już starym człowiekiem. Minęła go, odwróciła się, żeby jeszcze raz spojrzeć. On też się odwrócił i uśmiechnął się do niej. Stał kilka sekund, uśmiechał się, a potem poszedł dalej. "Właściwie uratował mnie wtedy" - powiedziała owa aktorka i w tym miejscu skończyła się literacka fikcja, bo powiedziała to zupełnie poważnie i uwierzyłem jej. Zastanawialiśmy się przez chwilę, czy nie jest tak, że Marcel Marceau żył tak naprawdę tylko po to, żeby sześć lat temu uratować młodą wtedy, francuską aktorkę. Może wszystko, co zrobił, wszystkie przedstawienia i wzruszenia, które dał ludziom, nie mają w porównaniu z tym faktem żadnego znaczenia?
- Czy on wie, jakie miał dla pani znaczenie? - zapytałem.
- Nie - odpowiedziała aktorka - Nie spotkałam go nigdy więcej.

Jakoś wierzę, że ten uśmiech mógł komuś uratować życie.

PS 26 września: właśnie przeczytałam, że w 1944 roku Marcel Marceau (wówczas nazywał się jeszcze Marcel Mangel) pomagał w ukrywaniu żydowskich dzieci. Uczestniczył między innymi w akcji, podczas której wyprowadzono 120 dzieci z zagrożonego miejsca, w którym się ukrywały, w Sevres, do innego, bezpiecznego, przy granicy ze Szwajcarią.

Ojciec Marcela, Charles Mangel, miał przed wojną koszerny sklep w Strasburgu. Został aresztowany przez policję Vichy i później deportowany do Auschwitz.

Marceau został pochowany na Pere Lachaise. Religijną część pogrzebu prowadził główny rabin Francji, Rene Sirat.

03:03, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (2) »
czwartek, 06 września 2007
Umarł Król

Uwielbiam tę chwilę, kiedy Pavarotti już przestaje śpiewać, gdy zrywa się owacja, a on przez moment wygląda tak, jak gdyby był gdzieś bardzo, bardzo daleko, tam, gdzie zaniosła go muzyka i jego własny głos i jak gdyby potrzebował chwili, by powrócić na scenę, by zobaczyć widzów i usłyszeć ich oklaski.

Pamiętam, jak oglądałam w domu ten koncert Trzech Tenorów wraz z Mamą. Tata siedział przy stole i trochę marudził, bo fanem opery nie zostanie chyba nigdy. Nawet on jednak przy niektórych ariach, między innymi przy tej właśnie, zaczynał patrzeć w telewizor z zadumą i zachwytem. Potem oglądałyśmy ten koncert jeszcze wiele, wiele razy.

Sama należę do grona tych - zapewne tysięcy - którym Trzej Tenorzy przybliżyli operę. Początki nie były zbyt udane. Może dlatego, że Mama za wcześnie chciała mnie do opery przekonać.

Opera dostarczała mi wzruszeń, istotnie, ale chyba nie tych zamierzonych. Lucia di Lamermoore, na przykład, bodajże z Paulusem Raptisem, którego wygląd ubawił w połączeniu z rolą ubawił mnie tak setnie, że nie byłam już w stanie słuchać żadnej muzyki. Potem Tosca, stanowczo zbyt ponura dla dziecka.

Później były próby znalezienia lżejszego repertuaru. Na początek Jaś i Małgosia. Wszystko zapowiadało się dobrze, dopóki na scenę nie wyszła primadonna Małgosia umalowana do nieprzytomności i przypominająca raczej czarownicę, która miała pojawić się dopiero znacznie później. Na domiar nieszczęścia Małgosia otworzyła swe czerwone usteczka i zaczęła, ni mniej ni więcej, tylko schprechać. I co miało począć w takich okolicznościach dziecko?

Następnie Blaszany kogucik. Też byłoby w porządku, gdyby nie to, że scenograf uparł się umiejscowić akcję opery w czymś na kształt zrujnowanej posowieckiej fabryki. Efekt był frapujący, ale niekoniecznie pomocny. Najciekawszym momentem opery, który wrył mi się w pamięć, było przebiegnięcie po scenie jakiejś gołej baby.

Z klasyką polską nie było niestety lepiej. Na Strasznym Dworze mieliśmy miejsca na najwyższym balkonie, gdzie panowało straszne gorąco. Rozpoczął się akt bodaj drugi. Młoda dziewoja chodziła wokół stojących w rogu sceny sań. W lewo i w prawo, w tę i w tamtę, w końcu w nich usiadła. I śpiewała, śpiewała, śpiewała... aż nagle obudziły mnie żywe oklaski.

Klęska za klęską, jednym słowem.

Do czasu.

Do czasu, gdy nie zobaczyłam opery na nowo, opery pozbawionej koturnów kiepskiej dekoracji i okropnego makijażu. Pavarotti, Carreras i Domingo pokazali mi operę, która jest po prostu piękna samą muzyką i siłą głosu. A kiedy już pierwszy raz zachwyciłam się potęgą skrywającą się w ludzkim głosie, mogłam powrócić do teatralnych rekwizytów i zacząć doceniać je również. Potem zaczęłam poznawać coraz więcej głosów, męskich i kobiecych, coraz więcej arii, coraz więcej oper, by w końcu dojśc do wniosku, że życie bez opery jest właściwie całkiem niemożliwe.

Niestety nigdy nie słyszałam Pavarottiego na żywo. Tylko nagrania, wideo, płyty, czasem radio, niezawodna wówczas Dwójka. Ale nawet korzystając z pośrednictwa tych wszystkich mediów, mogłam choć odrobinę poznać człowieka, na którego widok nie sposób było się nie uśmiechnąć z sympatią. Pogodny, pełen radości życia i poczucia humoru. Pełen radości także w śpiewie - gdy patrzy się na śpiewającego Pavarottiego nie da się chyba nie dostrzec tego, jak wielką przyjemność sprawiało mu wykorzystywanie własnego głosu i dawanie tym samym przyjemności nam, setkom tysięcy widzów i słuchaczy.

Po tym, jak w Warszawie, na Placu Teatralnym, słuchałam koncertu Carrerasa (biedak lekko trząsł się z zimna na scenie), zastanawiałam się, czy będę mogła kiedyś na żywo usłyszeć także Pavarottiego i Domingo. Teraz wiem już, że głos tego pierwszego będzie dobiegał mnie wyłącznie z głośników. Oczywiście, to było wiadomo już od dość dawna, ale śmierć Pavarottiego dodaje do tej świadomości ostateczność.

Teraz tylko Haszem, może zazdrosny o radość, jaką my czerpaliśmy ze słuchania Pavarottiego, będzie się mógł cieszyć jego głosem. A sam Mistrz będzie mógł ponownie wejść na scenę, ściskając w dłoni swoją magiczną chustkę i zaśpiewać, wpędzając w kompleksy wszystkie chóry anielskie:

...All'alba vincero!
vincero, vincero!
17:51, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3