Ponownie na Midweście
sobota, 27 marca 2010
Napisów końcowych nie będzie

Bywa czasem tak, że "konieczność istnienia trudna jest do zniesienia", jak śpiewał swego czasu Grzegorz Turnau. Trzeba wtedy zmobilizować resztki energii i skupić się na tej konieczności własnie albo wprost przeciwnie - wpełznąć w jakąś ciemną, ukrytą przed światem i światłem dziurę i tam czekać na lepszy czas, na lepsze jutro, które - jak ogólnie wiadomo - było wczoraj.

Z pewnością nie da się w takich okolicznościach pisać niczego sensownego na blogu. Stąd też koniec bloga. Miałam zamiar napisać o Kalonimusie Kalmanie Szapirze, chasydzkim rabinie, który w samym centrum piekła zwanego warszawskim gettem zmagał się z tradycją, z sobą i z Bogiem, ale nie mam siły. Przepraszam.

Dziękuję za wspólnie spędzonych tutaj kilka lat. To, że czytaliście tego bloga, wiele dla mnie znaczyło i nadal wiele znaczy. Znacznie więcej niż proste "dziękuję" potrafi wyrazić, choć z drugiej strony - proste słowa są czasem najlepsze.

sobota, 02 stycznia 2010
Z dawnych czasów

Najlepiej zacząć nowy rok od odrobiny poezji. I to romantycznej, a jednocześnie zakorzenionej w rzeczywistości czasu, w którym powstała.

On i Ona – ballada współczesna

Noc ciemna w koło,
Wiatr zimny dmucha.
Na skrzydłach zimy
gra zawierucha.
W poświstach wiatru
jęk straszny kona.
Słuchajcie dzieci –
Był on i ona...

Ona – urocza córka rzeźnika,
On – tyrał w Społem za izwoszczika.
Obcych klasowo miłość szalona
rzuciła sobie wzajem w ramiona.

Jej groził ojciec,
Matka krzyczała,
Egzekutywa
z nim rozmawiała.
Nic nie pomogło,
w miłości trwali,
Aż z tej miłości
powariowali.

Powariowawszy – raz nocką czarną
wspólnie otruli się pod latarnią.
Teraz za karę, losu wyrokiem,
snują się jęcząc z wiatrem i mrokiem.

(Napisane we wrześniu 1985 roku)

Wiersz ten napisał mój Ojciec, który w przeszłości miewał napady poetyckiej - czy rymokleckiej - weny i od czasu do czasu popełniał krótkie utwory mową wiązaną.

Pozbawiony był ambicji poetyckich, obdarzony zaś, baruch Haszem, poczuciem humoru. Poczucie humoru walczyło o przetrwanie uparcie, ale zdawało się przygasać wraz z upływem czasu i zmianami w otaczającej Tatę rzeczywistości. A rzeczywistości tej nie lubił. Jakkolwiek doceniał demokrację, to fanem kapitalizmu być nie potrafił - lewicowa wrażliwość podsuwała mu pod oczy obrazy ludzi biednych, głodnych, cierpiących, wykluczonych. Poczucie humoru okazało się siłą niedostateczną, by widoki te złagodzić. Równocześnie życie domagało się, by pracował coraz więcej i więcej. Stąd też czasu na mowę wiązaną było coraz mniej.

Lecąc do Polski miałam zamiar odkopać w Tatowych papierach pisane przez niego wierszyki. Zachowało ich się zaledwie kilka. Czy napisał więcej? Prawdopodobnie. Na szczęście te, które pamiętałam, okazały się czekać na mnie schowane starannie pomiędzy innymi papierkami i karteluszkami. Pomyślałam, że podzielę się przynajmniej tym jednym.

czwartek, 31 grudnia 2009
Podziękowania

O ile pamięć mnie nie zawodzi, rok temu zignorowałam zupełnie ów ważki moment, w którym wybiła na zegarach północ, rok 2008 dobiegł końca, a rozpoczął się żegnany właśnie rok 2009. Poszłam spać wcześniej i koniec. Nie przypominam sobie, żebym wobec tego roku miała szczególne oczekiwania (staram się w ogóle unikać szczególnych oczekiwań wobec kogokolwiek i czegokolwiek, choć czasem mi nie wychodzi). Może powinnam była je mieć. Może gdybym je miała, 2009 okazałby się lepszy.

Okazał się taki, jaki się okazał. Summa summarum, jak zwykł mawiać mój Tata, okazał się szary, tj. złożony z czarnych nici bólu i żałoby, z białych nici drobnych sukcesów i małych radości i z szarych nici zwyczajności. Wszystkie splecione razem na niewidzialnej osnowie czasu stworzyły dywan, który dziś bez większego żalu zwinę i zarzucę na ramię, by odnieść do kąta, w którym składam wszystkie upływające lata. Kąt nie jest zakurzony, bo dość regularnie do niego zaglądam. Na ten ostatni dywan spoglądać będę zapewne częściej niż na inne.

Kiedy moja religijność szukała dla siebie jakiejś bliżej określonej formy (żadna materia bez formy istnieć nie może, jak wiemy), miałam zwyczaj wypowiadania krótkiej modlitwy o północy w noc sylwestrową:

Dzięki Ci Panie za Twe hojne dary, dzięki za dobrodziejstwa, którym nie masz miary.

Powinnam była oczywiście mówić "Czego chcesz od nas Panie...", ale nie chodziło mi ani o zadawanie retorycznych pytań, ani o zachowanie wierności oryginałowi. Chodziło o wyrażenie wdzięczności.

Frazy tego rodzaju brzmią czasem zupełnie nieznośnie. Są napuszone. Pretensjonalne. "Za jakie dobrodziejstwa i za jakie hojne dary do ciężkiej cholery?!" - ma się czasem ochotę wrzasnąć - "Jeśli to są Twoje dary, to je sobie zachowaj". A jednak te słowa do mnie wracały. Może stąd właśnie, z jakiegoś bliżej nieokreślonego poczucia wdzięczności wzięła się moja religijność? Niewykluczone, że potrzebowałam tę wdzięczność skierować pod adresem konkretnego choć nieuchwytnego zarazem bytu. Jeśli tak było, to rację miał William James twierdząc, że ostatecznie to nasze najgłębsze potrzeby decydują o kształcie naszej rzeczywistości.

W tym roku powtórzę tę krótką modlitwę. Podziękuję w szczególności za ludzi, których w życiu spotkałam, bo pod tym względem jestem - co stwierdzam raz po raz - niebywałą wręcz szczęściarą. Podziękuję również za Was, drodzy Czytelnicy, których nie zniechęciły nawet długie okresy milczenia na tym blogu.

Lepszego roku.

czwartek, 24 grudnia 2009
Puste miejsce przy stole

Mój Tata ogromnie lubił płytę, z której pochodzi ta kolęda. A kolęd zaczynał słuchać gdzieś w połowie listopada.

Oby ciepłe, dobre wspomnienia wypełniły dziś wieczorem Wasze puste miejsca przy stole. Świąt wypełnionych spokojną radością życzę.

poniedziałek, 14 grudnia 2009
Szynka po żydowsku

Łono ojczyste odwiedzane po dłuższej nieobecności wydaje się zarazem znajome i jakoś obce. Myśl to tyleż głęboka, co ogólnikowa zupełnie i w sumie niewiele mówiąca. Do szczegółów zatem. Napotkałam w sklepie niespodziankę.

Niespodzianka znajdowała się w dziale mięsno-wędliniarskim, który odwiedziłam wyłącznie towarzysko. Spoglądałam bez szczególnego zainteresowania na wyłożone i dumnie prężące się kiełbasy, gdy Mama, której to właśnie dotrzymywałam towarzystwa w dziale mięsnym, wskazała mi niespodziankę. Niespodzianka była w kolorze różowawo-krwistym, spoczywała dumnie pomiędzy baleronem a szynką jak za Gierka i chwaliła się wypisaną na tekturce ceną być może przystępną. Wypadłam z nadwiślańskiego obiegu cenowego, więc cena nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia. Duże wrażenie zrobiła jednak nazwa Niespodzianki - na tekturce czytelnym pismem czyjaś ręka wypisała starannie: Szynka po żydowsku.

Gdybym nie była wegetarianką, z pewnością nabyłabym kawałek tego rarytasu.

poniedziałek, 05 października 2009
Dobre dla Żydów

Znajomy, amerykański Żyd, otrzymał z rąk prezydenta Kaczyńskiego wysokie odznaczenie państwowe. Niewątpliwie wielki honor i honor zasłużony. Szkoda tylko, że z tych rąk - skomentowałam. Znajomy nie chciał się odnieść do mojej oceny prezydenta. Czuł się jednak zobowiązany zwrócić uwagę na bardzo pozytywny stosunek Kaczyńskiego do Żydów i jego wkład w polsko-żydowskie relacje. Zgadzam się ze znajomym w tym względzie. Nie mogę się jednak powstrzymać od prostego pytania - i co z tego? Czy bycie "dobrym dla Żydów" wystarcza, żeby być dobrym prezydentem?

Żydzi - przez wieki żyjący w diasporze i podlegli najróżniejszym władzom - często w przeszłości zadawali sobie to pytanie: czy dany władca jest lub będzie dobry dla Żydów? Nie ma w tym nic złego. Członkowie każdej mniejszości mają prawo zastanawiać się, czy rządząca w danym państwie osoba czy w dzisiejszych czasach partia polityczna, będzie dla nich dobra. Dziś naturalnie sprawa wygląda nieco inaczej niż, powiedzmy w średniowieczu. Coraz rzadziej mamy do czynienia z absolutnymi władcami, którzy nie podlegają jakiejś formie społecznej kontroli. W demokracji mamy także rozmaite mechanizmy - lepiej lub gorzej funkcjonujące - które mają za zadanie zapewnić np. przestrzeganie praw mniejszości. Nie wszystko więc zależy już od tego, czy dana osoba "będzie dla nas dobra czy nie".

Wracając do prezydenta Kaczyńskiego. Tak, zarówno on sam, jak i jego małżonka zrobili wiele dobrych rzeczy w zakresie polsko-żydowskich relacji. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Ja jednak nie mam także najmniejszych wątpliwości do co tego, że sam ten fakt nie czyni z prezydenta Kaczyńskiego dobrego prezydenta.

W czasie amerykańskiej kampanii wyborczej pisałam, że zastanawiając się nad tym, na kogo głosować członkowie Polonii nie powinni kierować się tym, czy nowy prezydent Stanów Zjednoczonych będzie dobry dla Polski czy też nie. Podobnie - amerykańscy Żydzi nie powinni czynić sprawy kluczowej ze stosunku przyszłego prezydenta do Izraela. Nadal jestem przekonana, że decydujące powinno być to, co dany kandydat proponuje dla Ameryki. A dziś nie oceniam prezydenta Obamy ani przez pryzmat tego, co zrobił i czego nie zrobił dla Polski ani przez pryzmat tego, co zrobił bądź czego nie zrobił dla Izraela. Relacje polsko-amerykańskie i amerykańsko-izraelskie stanowią zaledwie część polityki Obamy i to wcale nie jej najważniejszą część.

Podobnie z Polską i polskim prezydentem. Tak, prezydent Kaczyński jest "dobry dla Żydów". Ale to stanowczo nie dość, żeby uznać go za dobrego prezydenta. Z żydowskiej perspektywy - jeśli w ogóle mówienie o jednorodnej żydowskiej perspektywie ma sens, a wątpię, by tak było - wiele gestów i działań prezydenta Kaczyńskiego niewątpliwie należy waloryzować pozytywnie. To jednak nie powinno być decydujące w ocenie tej prezydentury. Relacje polsko-żydowskie (i polsko-izraelskie) są zaledwie jedną z rozlicznych spraw, którymi zajmuje się prezydent. Tak, na tym polu wypada dobrze, a może nawet bardzo dobrze i trzeba o tym pamiętać. Jest jednak spora różnica pomiędzy pamiętaniem i braniem pod uwagę a uznaniem za kwestię zasadniczą.

Jak zwykle wszystko jest kwestią zachowania odpowiednich proporcji. I jak zwykle często umiejętności ich zachowania nam brakuje.

piątek, 04 września 2009
Ojczyzna polszczyzna?

"Daj spokój z tym 'wow!'" - szturchałam się mentalnie po każdym użyciu tego wykrzyknika w rozmowie z polskimi znajomymi. Siedzieliśmy sobie wieczorem na schodkach prowadzących na niewielką werandę nieco zrujnowanego domu nieopodal Connecticut Avenue, ciesząc się przyjemną rozmową o wszystkim i o niczym. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie te moje "wow!"

Gdyby nie "wow" i parę innych rzeczy.

- O macie tutaj nawet ten... no, jak to się nazywa po polsku... fireplace.
- Kominek - uprzejmie podpowiada znajoma.
- Właśnie, kominek... - powtarzam posłusznie wdzięczna za przypomnienie.

Rozmawiamy o kartach kredytowych. Mówię, że takowej jeszcze w tym kraju nie zdażyło mi się mieć. Raz składałam wniosek, ale mi odmówiono z powodu braku "credit history". Hmm... jak powiedzieć credit history po polsku? I jak się mówi "reliable"?! Jak powiedzieć, że dobra "credit history" pokazuje, że jest się "reliable"?! Ratunku!

Zgroza, myślę sobie idąc opustoszałą o tej porze Connecticut Avenue w stronę najbliższego przystanku metra. Po drodze zaglądam do sklepu, kupuję galon mleka i paczkę papierosów. "Have a nice night", mówi sprzedawca. "Dziękuję" - odpowiadam odruchowo - "I mean... thanks" - poprawiam się natychmiast.

Fascynująca rzecz ten ludzki umysł, stwierdzam czekając na metro. Przestawia się z jednego języka na drugi niczym jakaś maszyna.

Tylko w moim przypadku ta maszyna zaczyna cierpieć na dziwną czkawkę. Na angielski przestawia się bez trudu, z polskim bywają problemy...

Dzień wcześniej siedzę przed komputerem pisząc tekst dla pewnej Szacownej Instytucji w Polsce. "Jeez", męczę się nad jednym zdaniem - jak będzie "disruption"? Pisząc po polsku myślę po angielsku. Złoszczę się na to, że w pierwszej kolejności przychodzą mi do głowy słowa angielskie.

Wystarczyło kilka lat, by zmieniła się moja relacja do języka polskiego. Na początku pobytu w Stanach odczuwałam jego brak. Otaczająca mnie angielszczyzna wymagała stałego skupienia uwagi, co na dłuższą metę było męczące. Nosiłam angielski jak parę nowych butów. Skrzypiały, uwierały, obcierały tu i ówdzie. Polski był parą ukochanych, miękkich kapci, które zakładałam z ulgą, które pozwalały odpocząć zmęczonym stopom.

Teraz kapcie zakładam zasadniczo na mniej więcej półtorej godziny tygodniowo - skype'owe rozmowy z Rodziną. W ostatnich tygodniach zdarza mi się po nie sięgać nieco częściej. W mojej Jednostce Badawczej pojawiło się kilka sympatycznych osób z Polski. Po polsku bardzo dobrze mówi także jeden z pracowników biblioteki. W rozmowach z nim jednak sama często przechodzę na angielski. Dlaczego? Bo mówienie po angielsku w amerykańskim kontekście przychodzi mi znacznie naturalniej.

Mówienie po polsku stało się z czasem czymś dziwnym. Stare kapcie przestały być zawsze wygodne. Nowe buty dopasowały się do stóp i można w nich maszerować na długich dystansach bez ryzyka obtarć i bąbli.

Jasna sprawa - to się nazywa "total immersion" i nie bez powodu uważane jest za najlepszą metodę uczenia się nowego języka.

W moim przypadku to nawet więcej niż "total immersion". Raczej "totally total immersion". Niemal wszyscy Polacy, których tutaj poznałam, przyjechali do Stanów z partnerami lub po jakimś czasie związali się z innymi Polakami. W ich przypadku zatem "total immersion" nie jest tak naprawdę "total". W domu funkcjonują bowiem w języku polskim. Angielski jest językiem rzeczywistości zewnętrznej, językiem pracy, ulicy, mediów. Nie jest jednak językiem, w którym komunikują się z najbliższymi osobami. Ta językowa podwójność prowadzi do owych serdecznie obśmiewanych pokrak językowych w rodzaju samochodów zaparkowanych na kornerach.

Dla mnie angielska rzeczywistość językowa jest niemal totalna. Gdy wyjadę z Waszyngtonu pod koniec tego miesiąca, zniknie z horyzontu tych kilka osób, z którymi rozmawiam tutaj po polsku i kontakt z tym językiem będę miała ponownie tylko w czasie weekendowych pogaduszek z Rodziną. Znowu będzie to jedyny kontekst, w którym polszczyzna będzie brzmiała naturalnie, choć obawiam się, że i tutaj z czasem coraz częściej będę się potykać o przychodzące do głowy w pierwszym momencie słowa angielskie.

Wiem, że to skądinąd zrozumiałe zjawisko. Z drugiej strony wydaje mi się jednak jakoś dziwne i nieco niepokojące. Co będzie za parę lat?

PS: Dodam, że problemy z ojczyzną-polszczyzną, są jedną z przyczyn okresów ciszy na tym blogu.

środa, 22 lipca 2009
Uśmiech, którego już nie ma

Ogromnie przygnębiła mnie wiadomość o śmierci Leszka Kołakowskiego. Co za feralny rok, pomyślałam, stwierdzając równocześnie ze zgrozą, że upłynęła zaledwie jego połowa. Jak tak dalej pójdzie...

Oczywiście dalej tak nie pójdzie, bo Leszek Kołakowski był jeden i jak każdy z nas umrzeć mógł tylko jeden raz, swoją własną śmiercią. Nie czytałam doniesień prasowych, więc nie wiem, czy cokolwiek o okolicznościach śmierci Profesora wiadomo. Niewiedza pozwala mi mieć nadzieję, że umarł spokojnie i bez bólu. Może po prostu zasnął, by się już nie obudzić.

Kołakowski przyjeżdżał czasem do Warszawy prowadzić zajęcia. Chodziłam bodaj na dwa jego cykle wykładów - szczególnie ciekawy dla mnie był ten poświęcony relacjom pomiędzy rozumem a wiarą - oraz na seminarium o Leibnizu, podczas którego studiowaliśmy zdanie po zdaniu "Monadologię".

Na seminarium co jakiś czas pojawiali się różni profesorowie, którzy albo Kołakowskiego znali albo bardzo chcieli go poznać. Niejednokrotnie byliśmy świadkami dość żenujących czasem podrygów i towarzysko-intelektualnych wygibasów, którymi profesorowie owi starali się zwrócić na siebie uwagę Kołakowskiego. Sprawiało to raczej przykre wrażenie. Nie wiem, jaki stosunek miał do tego Kołakowski, ale często wydawał się nieco zażenowany. Pamiętam, że kilka razy zwracał nam uwagę, by nie tytułować go profesorem - w Oksfordzie ponoć nie było takiego obyczaju.

Któregoś razu po jednym z wykładów zebrałam się na odwagę i zapytałam go o coś. O co - tego nie pamiętam. Kołakowski uśmiechnął się tym swoim uroczym, odrobinę jakby nieśmiałym uśmiechem i powiedział, żebym przyszła za pół godziny do Katedry Erazma z Rotterdamu, gdzie, jak się okazało, profesor spędzał trochę czasu po wykładach, spotykając się z zainteresowanymi studentami. Stawiłam się na miejscu rzecz jasna punktualnie, z duszą gdzieś w okolicach pięt.

Dziury w pamięci. Nie pamiętam, o czym żeśmy rozmawiali. Prawdopodobnie dlatego, że byłam pod zbyt wielkim wrażeniem samego faktu rozmowy z Leszkiem Kołakowskim. Niewykluczone, że rozmawialiśmy o Unamuno, którego pesymizm był mi jakoś w tamtym okresie bardzo bliski (na tyle bliski, żeby się nauczyć hiszpańskiego i czytać go w oryginale).

Pamiętam za to doskonale, jaki był podczas tej rozmowy Kołakowski. Ogromnie uprzejmy. Bez najmniejszego nawet śladu poczucia wyższości. Bez najmniejszej potrzeby pokazania studentowi "gdzie jego miejsce", co przecież tak często się zdarza profesorom. Słuchał uważnie, odpowiadał równie uważnie. Żartował ze smakiem i lekką ironią. Taki prawdziwy gentleman starej daty, pomyślałam sobie. Jeden z nielicznych jeszcze żyjących przedstawicieli wymierającego gatunku.

Potem zaprosił mnie na kawę. Chyba nigdy wcześniej w kawiarni Nowy Świat nie spotkałam się z tak szybką obsługą.

Od tamtego dnia Kołakowski zawsze witał mnie z uśmiechem. Nawet kiedy po roku czy może dwóch latach spotkałam go na Targach Książki w Warszawie. Najwyraźniej miał dobrą pamięć.

To smutne, że odszedł. Zwyczajnie i szaro smutne. Pozostają teksty, to prawda. Ale uśmiechu już nie ma.

wtorek, 03 lutego 2009
Baruch Dajan ha-Emet

Baruch Dajan ha-emet - błogosławiony Sędzia Prawdy - mówimy na wiadomość o czyjejś śmierci. Nie były to pierwsze słowa, jakie przyszły mi do głowy, kiedy usłyszałam w słuchawce telefonu głos mojego Brata - "Tata zmarł". Jestem jednak Żydówką z niewielkim w sumie stażem. Może to dlatego. A może dlatego, że byłam po prostu ogłuszona. To stało się tak nagle.

Umarł nagle, szybko i bez bólu. Baruch Haszem, umarł bez bólu, powinnam powiedzieć, ale brzmi to dziwnie, bo jeśli mój Ojciec myślał o Bogu, to nie był to żydowski Bóg.

Jutro, być może pojutrze, pierwszy raz w życiu powiem kadisz jatom - kadisz, który dziecko odmawia za zmarłego rodzica.

Tata nie zareagował najlepiej na wiadomość o mojej konwersji. Nie wydaje mi się, że powodem była jego własna intensywna wiara katolicka. Nie był religijnym człowiekiem, ale był osobą otwartą na możliwość Boga. Ten możliwy Bóg był dla niego Bogiem chrześcijańskim - w takiej tradycji się urodził i wychował, taka była mu najbliższa. W emailu napisał mi, że jest mu przykro, że żadne z jego dzieci nie odmówi nad jego grobem tradycyjnej katolickiej modlitwy. Nie wiem, dlaczego tak sądził. Jedynym dzieckiem bowiem, które powie inną modlitwę, jestem ja. Jeśli w ogóle będę w stanie się modlić.

Zadzwonił dziś przyjaciel i rabin w jednej osobie. Powiedz kadisz, powiedział, jeśli tego chcesz. Przestrzegaj tych reguł żałoby, które będą Ci pomagać. Ostatecznie w żałobie chodzi o pociechę dla żałobnika. Zmarły jest zmarły.

Kadisz ściśle rzecz biorąc nie jest modlitwą za zmarłych. Jest to modlitwa chwaląca Boga, a dzieci zmarłych mówią ją dlatego, że stanowi to świadectwo faktu, iż zmarły rodzic wychował je odpowiednio religijnie.

Mnie mój Ojciec nie wychował religijnie, a już z pewnością nie na religijną Żydówkę. Ale wychował mnie, jak sądzę, na porządnego człowieka. Nie mam teraz jak mu za to podziękować. Ale może ten mój pierwszy kadisz będzie jakimś podziękowaniem za wszystko, co mi dał.

sobota, 31 stycznia 2009
Myśląca twarz Kościoła

Ewa obejrzała właśnie film dokumentalny o księdzu Tischnerze. Tischner - czy jak zawsze o nim myślałam: "Ksiądz profesor" - był dla mnie bardzo ważną osobą.

Prywatne archiwum dokumentów niezwykle ważnych zostało w Polsce, więc nie mogę sprawdzić, kiedy napisałam pierwszy list do Księdza Profesora. Nie pamiętam dat. Pamiętam za to doskonale zdumienie i wzruszenie, które mnie ogarnęły, gdy otworzyłam kopertę z adresem zwrotnym z Łopusznej.

Nie pamiętam, o co pytałam i co mnie sprowokowało do napisania tego pierwszego listu. Być może coś, co Tischner powiedział podczas rozmów o Katechizmie z Jackiem Żakowskim, które oglądaliśmy prawie całą rodziną i które później dyskutowałam z bratem? A może to była jakaś inna kwestia, która pojawiła się w związku z jakąś czytaną książką?

Znajomy poprosił mnie o napisanie tekstu dla pisma Jednota, kiedy zbliżała się trzecia rocznica śmierci Księdza Profesora. Napisałam tak:

Myśląca twarz Kościoła

Kilka minut po tym, jak prezenter wieczornego wydania Wiadomości przekazał informację o śmierci księdza profesora Józefa Tischnera, zadzwonił telefon. Odruchowo podniosłam słuchawkę. Usłyszałam w niej przejęty głos przyjaciółki: "Słyszałaś, co się stało? Od razu pomyślałam o tobie. Jest mi tak strasznie przykro. On był dla ciebie taki ważny..." Rzeczywiście był. Ale właściwie dlaczego? Dlaczego katolicki duchowny, myśliciel i publicysta miałby być ważny dla osoby, która zdecydowanie sytuowała siebie samą poza widzialnymi granicami Kościoła?

Dogmatyczna drzemka bezmyślnego antyklerykalizmu bywa przyjemna. Można okryć się miękkim i dziwnie przytulnym kocem niechęci, wyjrzeć spod niego co jakiś czas i z satysfakcją odnotować kolejny przypadek potwierdzający uprzednio przyjętą regułę: o, ksiądz antysemita; no proszę, temu proboszczowi bardziej zależy na pieniądzach niż na wiernych, a ten z kolei przekonuje zebranych na mszy o wzniosłości ubóstwa sam jeździ zaś mercedesem. Nieco perwersyjna ciekawość zaprowadziła mnie kiedyś na prowadzone w mojej szkole podstawowej lekcje religii. I jakaż satysfakcja! Niemiłosiernie bezmyślna katechetka wyrzuciła mnie za drzwi, gdy ośmieliłam się zakwestionować wygłoszony przez nią pogląd. Na domiar nieszczęścia przez cały czas opowiadała nam o aborcji. Jak gdyby katolicyzm od tego się właśnie zaczynał i na tym kończył. Tak, stanowczo można było drzemać dalej. Kościół to jakiś okropny anachronizm, wiara religijna to najwyraźniej i jedynie coś na kształt laski, na której podeprzeć mogą się ci, którzy o własnych siłach przez życie nie są w stanie przejść. Krótko mówiąc: nic ciekawego, chyba że dla patologa.

Spokój mojej drzemki zakłóciły najpierw "Notatniki" Anny Kamieńskiej, "Kościół, lewica, dialog" Adama Michnika kazał mi przetrzeć oczy. Ale prysznic, chłodny i pobudzający, przyszedł wraz z lekturą tekstów pewnego księdza z Łopusznej. Zobaczyłam człowieka, a wraz z nim inne oblicze Kościoła. Oblicze tak odmienne od zaciętej twarzy mojej szkolnej katechetki, głos tak różny od tego, który usłyszałam zabłądziwszy przypadkiem na jakieś kazanie: "Ludzie niewierzący psują się od środka", grzmiał proboszcz jednej z warszawskich parafii. "Nie można powiedzieć, by Pani nie miała wiary. Przecież Pani pyta. Jest to wiara, która szuka rozumienia. Na razie to wystarczy", napisał mi w liście ksiądz Tischner.

Wiara, która szuka rozumienia. Oczywiście, to nie Ksiądz Profesor wymyślił tę formułę. Potrafił jednak ludziom takim, jak ja, pokazać tradycję, w której powstała i udowodnić, również samym sobą, że nie jest ona martwa. Pytanie jest pobożnością myśli, mówił za Heideggerem i pisał o tych, którzy właśnie wielkością swojego myślenia byli pobożni. To oczywiste, że katolicyzm nie kończy się na aborcji, prezerwatywach i antykoncepcyjnych pigułkach. Jasne, że istota i działalność Kościoła nie sprowadza się do tropienia żydowsko-masońsko-liberalnych spisków. Chwilami jednak wcale niełatwo było owe oczywistości dostrzec. "Kościół schorowanej wyobraźni nie lubi rozumu", pisał Tischner. Ale to nie schorowana wyobraźnia stanowi Kościół.

Ksiądz Tischner obserwował, rozmyślał, analizował, krytykował, pisał, rozmawiał i wygłaszał, ale przede wszystkim – nieustannie wskazywał poza samego siebie. Najbardziej daje do myślenia to, że jeszcze nie myślimy, powtarzał (znowu Heidegger) i tym samym mówił: czytajcie wielkich myślicieli, patrzcie uważnie wokół, Bóg nie po to dał człowiekowi rozum, by ten go schował na dnie szafy.

"Ja mam osobisty kłopot: czy dobrze robię, gdy ukazując ludziom wspaniałe perspektywy chrześcijaństwa, pociągam ich do Kościoła, w którym spotykają ciasnotę myślową i grzech?" napisał mi jednym z listów. To właśnie robił, pokazywał chrześcijaństwo i katolicyzm nie zamknięte w kruchcie, rzeczywistość większą niż ten czy inny proboszcz wygłaszający pełne jadu kazania. Takim katolicyzmem można się było zachwycić. I choć jego Kościół nie stał się i najprawdopodobniej nigdy nie stanie się moim, nie mogę nie być księdzu Tischnerowi wdzięczna za to, że przed takimi jak ja otwierał do niego drzwi i mówił: "Przynajmniej zajrzyj. Być może zechcesz wejść i zostać".

Z jakichś powodów nie mogłam pojechać na pogrzeb Księdza Profesora. Pojechałam do Łopusznej później. Wybrałam się na całodzienną wyprawę. Z Warszawy do Krakowa, z Krakowa do Nowego Sącza, z Nowego Sącza do Łopusznej i z powrotem. To był dziwny dzień. Wypełniony muzyką i spokojem. Dopiero na cmentarzu, przed grobem, na którym leżały jeszcze wyschnięte kwiaty i wieńce pogrzebowe, zaczęłam płakać czując wewnątrz wielką pustkę.

Stałam tam myśląc między innymi o wykładach i seminariach Księdza Profesora, na które jeździłam do Krakowa. O jego książkach, o tekstach w Tygodniku Powszechnym, o tym, jak wiele dał mi i wielu osobom do mnie podobnym.

A potem poszłam na spacer, pod górę, najpierw drogą, a potem zwężającą się ścieżką. Szłam powoli stokiem góry, której nazwy nie znałam i wracał do mnie spokój. Spokój i radość. Pogoda była piękna, deszcz przestał padać niedawno i pozostawił wszystko świeżym, czystym i lśniącym. To był po prostu bardzo piękny dzień i może rzeczywiście w górach człowiek jest nieco bliżej Boga.

Ostatecznie znalazłam sobie inne miejsce, inną religijną tradycję, inną wiarę. Kościół Księdza Profesora nie stał się moim kościołem, ale nigdy nie przestanę mu być wdzięczna za to, że pokazał mi tego Kościoła myślącą twarz.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6