Ponownie na Midweście
środa, 24 lutego 2010
To mi się nie podoba

Bardzo mi się nie podoba decyzja izraelskiego rządu o tym, by Grotę Patriarchów w Hebronie oraz Racheli w Betlejem zaliczyć do miejsc na trasie nowego Szlaku Dziedzictwa. Oburzenie Palestyńczyków nie dziwi mnie wcale.

Grota Patriarchów zwana po hebrajsku Machpela, w której wedle tradycji pochowani są Abraham, Icchak i Jaakow oraz ich żony, jest bardzo ważnym miejscem dla Żydów. Podobnie - choć w mniejszym stopniu - grób Racheli. Naturalnie miejsca te są istotne także dla chrześcijan oraz dla wyznawców Islamu. Żydzi uznają Grotę Patriarchów za drugie miejsce co do świętości (po Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie). Muzułmanie za czwarte.

Groby Patriarchów ukryte są pod meczetem al-Haram al-Ibrahim. Najwcześniejsza struktura w tym miejscu została zbudowana jeszcze przez Heroda Wielkiego. Potem, jak to w dziejach tamtej części świata bywało, budowla zmieniała się wraz ze zmianami politycznej i militarnej kontroli nad rejonem - chrześcijanie zbudowali bazylikę, muzułmanie zbudowali meczet, chrześcijanie przerobili meczet na kościół, muzułmanie przerobili kościół na meczet... Od zakończenia wojny sześciodniowej al-Haram al-Ibrahimi mieści w sobie również synagogi, ale zasadniczą kontrolę nad całym gmachem sprawują wyznawcy islamu.

Grób Racheli na przedmieściach Betlejem przykrywa niewielki budynek zbudowany za czasów ottomańskich i przebudowany w połowie XIX wieku z polecenia Sir Mosesa Montefiore. Dziś mieści jesziwę założoną w szybkim tempie w 1995, gdy izraelski rząd rozważał przekazanie Betlejem stronie palestyńskiej na mocy umów z Oslo (nie był to ani pierwszy ani ostatni przypadek zastosowania przez izraelskich osadników polityki faktów dokonanych). Podczas budowy muru bezpieczeństwa budynek został murem owym otoczony i wedle opisów przypomina niewielką fortecę, nad którą czuwają żołnierze izraelskiej armii. Muzułmanie tymczasem nazywają budynek meczetem Bilal i twierdzą, że jako meczet właśnie został on zbudowany.

Grota Patriarchów i grób Racheli to rzecz jasna nie jedyne miejsca w Izraelu i na terytoriach okupowanych, co do których prawa roszczą sobie różne religijne wspólnoty. Ich współistnienie w świątyniach bywa trudne. Nie jestem ani historykiem, ani archeologiem i nie do mnie należy rozstrzyganie tego, kto ma "większe" prawa do tych świętych miejsc różnych religii. Bardziej interesuje mnie polityczny aspekt decyzji izraelskiego rządu.

Haarec zamieścił na swojej stronie taką oto mapkę planowanego Szlaku Dziedzictwa:

Trudno nie zauważyć, że spora część Szlaku Dziedzictwa przebiega przez teren Autonomii Palestyńskiej. Na mapce nie zaznaczono Hebronu, więc dodałam kropkę tam, gdzie w przybliżeniu się znajduje.

Przedstawiciele Autonomii Palestyńskiej określili decyzję rządu Netanjachu mianem prowokacji, a władze Jordanii stwierdziły, że stanowi ona cios w proces pokojowy. Główny negocjator strony palestyńskiej Saeb Erekat powiedział, że Netanjachu sabotuje plan utworzenia państwa palestyńskiego. Przyznam, że tym razem się z nim zgadzam.

Nie kwestionuję wagi Groty Patriarchów i grobu Rachel w żydowskiej tradycji - zarówno religijnej, jak i świeckiej. Nie twierdzę, że te miejsca bardziej "należą się" Palestyńczykom. Ale decyzję izraelskiego rządu widzę mniej jako wyraz troski o kulturę, a bardziej jako przejaw chęci powiększania kontroli nad zachodnim brzegiem Jordanu.

Jako religijna Żydówka wiem, jak ważne są postaci Abrahama i Sary, Icchaka i Rebeki, Jaakowa, Lei i Racheli. Abraham i Sara są moimi przybranymi rodzicami. Ważniejszy jednak od ich grobów wydaje mi się pokój. Nawet jeśli jego wizja jest mglista.

piątek, 05 lutego 2010
Walka z wiatrakami?

Jakiś czas temu postanowiłam zerwać z nałogowym czytaniem prasy izraelskiej. Uznałam, że życie codzienne dostarcza mi dostatecznej ilości stresów i nie potrzeba mi dodatkowych palpitacji serca. Nieco przypadkiem dowiedziałam się o artykule opublikowanym w czwartek na portalu gazety Jediot Achronot. Kiedy go przeczytałam, utwierdziłam się w słuszności mojej wcześniejszej decyzji.

Autor tekstu, Zew Cahor, niestety postanowił się podzielić z czytelnikami swoją niewiedzą na temat Holokaustu i swoimi uprzedzeniami wobec Polaków.

Przemawiając w obozie śmierci Auschwitz w Polsce, największej fabryce śmierci w historii, która została zbudowana na polskim terytorium (nieprzypadkowo) i była obsługiwana przez Polaków, Netanjachu zdołał pominąć entuzjastyczną rolę, jaką Polacy pełnili podczas Holokaustu. Jeśli chodzi o poświęcenie w prześladowaniu Żydów, przekazywanie ich nazistom i aktywną rolę w maszynie zagłady Polacy ustępowali jedynie Niemcom, a czasem byli nawet bardziej niż Niemcy oddani wysiłkowi eksterminacji.

Ręce opadają i opada szczęka na widok tego upiornego zbioru stereotypów sklejonych zaprawą ignoracji i uprzedzenia.

Pocieszające są za to komentarze zamieszczone przez czytelników. "Taka ignorancja zapiera dech w piersi", napisała Justine i zasugerowała, by Zew Cahor zapoznał się z pracami Debory Lipstadt. JK z Los Angeles zwraca uwagę na to, że w obozie zamordowano tysiące Polaków. Czytelnik z Holandii nazywa tekst "cholernym wstydem". Eli z Raanan wyraża przekonanie, że polska dyplomacja podejmie stosowne kroki prawne. Negev Girl podobnie ma nadzieję, że Polska pozwie autora do sądu i jest zdumiona, że ma on doktorat. Les z Nowej Zelandii sądzi, że powinien to zrobić rząd izraelski. Zdaniem Dany z Jerozolimy Cahor powinien przeprosić Polaków. Irina z Tel Awiwu jest oburzona tym, że Ynetnews opublikował taki "stek kłamstw".

Pan Cahor zapewne nie zasługuje na poświęcanie mu szczególnej uwagi. Nie jest ani pierwszym ani ostatnim ignorantem. Bardziej martwi mnie to, że tekst został zamieszczony na bardzo popularnym portalu. Czy jego redaktorzy są podobnymi bałwanami, których wiedza o Zagładzie jest albo żadna albo wykrzywiona antypolskimi uprzedzeniami?

Zawsze uważałam, że polscy Żydzi mają szczególną rolę do odegrania w zwalczaniu wyrażonych przez Cahora przekonań. Jak widać, jest jeszcze bardzo, bardzo wiele do zrobienia... A może nie warto? Może jest to syzyfowa praca?

środa, 25 marca 2009
Ostatni gwóźdź do trumny

Wczorajsza decyzja izraelskiej Partii Pracy, by wejść do nowej koalicji rządowej, to ostatni gwóźdź do trumny tej partii. Ehud Barak zamknął wieko od wewnątrz i od wewnątrz zabił je gwoździami. Kol hakawod.

Nie darzę sympatią Ehuda Baraka. Kiedyś miałam złudzenia, głównie z powodu Camp David II. Złudzenia zniknęły jednak pod wpływem nowej wiedzy o tym, jak wyglądały owe rzekome "negocjacje". Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że Barak winny jest klęski Camp David w takim samym stopniu co Arafat (polecam ten tekst). Camp David nie było próbą dogadania się z Palestyńczykami. Było próbą wepchnięcia z góry ustalonego programu w gardło Arafata. Tak, podobno było parę ciekawych propozycji. Podobno jednak jedynie, ponieważ Barak niczego nie chciał zapisać na papierze. Dlaczego Arafat miałby wierzyć Barakowi na słowo? Dlaczego jakikolwiek Palestyńczyk miałby wierzyć na słowo izraelskiemu rządowi, kiedy na własne oczy widzi dalszą rozbudowę osiedli na Zachodnim Brzegu?

Od czasu klęski Camp David Ehud Barak zabrał się do kopania grobu dla Partii Pracy i szło mu to całkiem sprawnie. Uparcie powtarzając, że Izrael nie ma z kim rozmawiać, bo po stronie palestyńskiej nie ma zainteresowania dialogiem, skutecznie, krok po kroku, wycofywał Awodę z procesu pokojowego.

Nie jestem osamotniona w podejrzeniu, że ostatnia wojna w Strefie Gazy miała sporo wspólnego z wyborczymi planami Ehuda Baraka. Proszę, oto stanowczy minister obrony staje w obronie państwa i żelazną pięścią miażdży ogniska terroryzmu. Tyle że ognisko terroryzmu nadal goreje, popularność Hamasu - zgodnie z moimi przewidywaniami - wzrosła, pozycja Mahmuda Abbasa jak słabła, tak dalej słabnie, a wybory wygrał Bibi, który bardzo starannie unika jakiejkolwiek wzmianki o powstaniu państwa palestyńskiego.

Kolejna nieudana strategiczna zagrywka Baraka. Wcześniej pozwolił Szaronowi wejść na Wzgórze Świątynne z nadzieją na to, że wywołane tą wizytą gniewne nastroje pokażą Izraelczykom, że Szaron nie nadaje się na premiera. Wtedy również się przeliczył.

Najwyraźniej do Partii Pracy jak ulał pasuje stwierdzenie kiedyś odnoszone do Palestyńczyków - że nigdy nie zmarnują okazji, żeby zmarnować okazję.

Cipi Liwni wiedziała, co robi, nie zgadzając się na dołączenie do koalicji z Likudem, Israel Beiteinu i Szaasem. Zaangażowanie Kadimy w proces pokojowy (owszem, jak na proces wyjątkowo przypomina on kompletną stagnację) jest ważnym punktem programu tej partii. Jak wyglądałaby Kadima z jednej strony firmując rozmowy w Annapolis, a z drugiej dołączając do rządu, którego premierem jest polityk negujący nie tylko osiągnięcia tej konferencji (słusznie zresztą, bo osiągnięć nie było), ale i potrzebę podobnych spotkań (stanowczo niesłusznie)?

Dla Baraka i 680 członków Partii Pracy, którzy zagłosowali za wejściem do nowej koalicji, takie detale nie mają najwyraźniej znaczenia. Nie chcę być aż tak cyniczna, żeby sądzić, iż chodzi tylko i wyłącznie o ministerialne stołki, ale może właśnie tak jest? Jak inaczej można wytłumaczyć chęć członków Awody do bycia w rządzie z Awigdorem Libermanem, rasistą i uczniem rabina Kahane?

Opisywana przez dziennikarzy atmosfera w czasie wczorajszych obrad Partii Pracy do złudzenia przypomina chocholi taniec. Wielkie słowa, wzniosłe hasła, gratulacje dla wybitnego lidera, ogólna radość i poczucie sukcesu. Chocholi taniec na własnym grobie.

Miałeś, chamie, złoty róg, chciałoby się powiedzieć Ehudowi Barakowi, ale on raczej nie zna Wyspiańskiego.

wtorek, 24 lutego 2009
Ręce opadają czyli tolerancja inaczej

W ostatnim czasie nie śledziłam na bieżąco wiadomości z Izraela - i tak mam na głowie za wiele trudnych spraw - po co jeszcze przejmować się sukcesem Liebermana? Wpadła mi jednak dziś w oko informacja zamieszczona przez dziennik Haarec, wedle której 75% Izraelczyków uważa, że państwo nie powinno wydawać zgody na budowę nowych kościołów chrześcijańskich w Jerozolimie.

Wyniki badania przeprowadzonego przez dwie instytucje i opublikowanego przez Haarec są frapujące, oględnie mówiąc. 74% badanych nie uważa chrześcijan za misjonarzy. Pięknie! 76% nie przeszkadza to, że chrześcijanie noszą krzyżyki. Co za otwartość! Tylko pogratulować.

Wszystko dobrze zatem. Żydowi w Izraelu chrześcijanin nie przeszkadza.

Do czasu jednak. Do czasu, kiedy chrześcijanin postanowi zbudować świątynię w Jerozolimie. 75% respondentów jest zdania, że państwo nie powinno na to wyrazić zgody. Dodatkowo 50% badanych nie zgadza się z tezą, jakże rewolucyjną, wedle której Jerozolima miałaby być miejscem dla chrześcijan istotnym. Zapewne nie słyszeli, że to właśnie w tym mieście znajduje się Bazylika Grobu Pańskiego.

Wyobraźmy sobie, że na przykład we Francji 75% uczestników badania opinii publicznej stwierdziłoby, że nie, Żydzi im nie przeszkadzają, niech sobie nawet noszą jarmułki i gwiazdy Dawida. Państwo jednak - w końcu świeckie - nie powinno wyrażać zgody na budowanie nowych synagog, szczególnie w Paryżu, które to miasto nie ma w końcu dla judaizmu szczególnego znaczenia.

Kiedy Kali ukraść krowę...

wtorek, 30 grudnia 2008
Czy ja istnieję?

Życie potrafi być zabawne. W każdym razie można je tak postrzegać, jeśli jest się obdarzonym odpowiedniego rodzaju poczuciem humoru. Wiele wskazuje na to, że owo odpowiednie poczucie humoru jest wisielcze.

Sprowokowała mnie do śmiechu koincydencja dwóch wydarzeń z pogranicza życia komunalnego, prywatnego i zawodowego.

Wydarzenie pierwsze: na polsko-żydowskim forum dyskusyjnym zarzucono mi manifestowanie "jawnej wrogości wobec Państwa Izrael" (tak, pisownia oryginalna; jak można o Izraelu pisać z małej litery? przecież to nie jest państwo - to jest Państwo). Zarzut ten pojawił się w związku z wyrażonymi przeze mnie opiniami na temat wojny w Strefie Gazy.

Opis drugiego wydarzenia wymaga niewielkiego wprowadzenia. Otóż prowadziłam w tym semestrze ćwiczenia do zajęć o konflikcie izraelsko-palestyńskim. Częścią moich obowiązków było sprawdzanie i ocenianie prac pisemnych. Pewna studentka poinformowała mnie przedwczoraj, że jej zdaniem oceniłam jej prace niesprawiedliwie - postawiłam oceny zbyt niskie kierując się uprzedzeniami oraz faktem, że mamy inną ocenę tegoż konfliktu. Studentka, jak się dowiedziałam wczoraj, jest Palestynką. Trudno mi powiedzieć, jaka jest jej ocena konfliktu, bo nie było tego łatwo wywnioskować z mocno przeciętnych prac. W każdym razie domyślam się, że moje uprzedzenia jej zdaniem są proizraelskie. Studentka postanowiła złożyć skargę do uczelnianego biura skarg i zażaleń.

Zestawienie tych dwóch zarzutów - o równie piramidalnym charakterze - szczerze mnie rozbawiło.

Gdyby rację mieli myśliciele, zdaniem których jesteśmy tacy, jak postrzegają nas inni, musiałabym być tworem wewnętrznie sprzecznym, a zatem takim, którego istnienie jest wykluczone przez prawa logiki.

Na wszelki wypadek pójdę zajrzeć w lustro. Może mnie wcale nie ma?

sobota, 27 grudnia 2008
Upiorny szabat

Rozejm pomiędzy Hamasem a Izraelem był kruchy od samego początku. Dawał jednak jakąś nadzieję - nie tylko mieszkańcom Strefy Gazy, nie tylko Izraelczykom, ale także wszystkim, którzy pomimo wszystko wierzą w możliwość pokoju na Bliskim Wschodzie. Niestety dziś, po przedpołudniowych atakach izraelskiego lotnictwa na Gazę, ta wiara okazała się praktycznie zupełnie bezpodstawna.

Tak, to prawda: w ostatnich dniach na terytorium Izraela spadło wyjątkowo wiele rakiet wystrzelonych ze Strefy Gazy. Prawdą jest jednak również, że żaden Izraelczyk nie zginął w wyniku tych ataków. Tymczasem w ciągu jednej porannej akcji izraelskiego lotnictwa w Strefie zginęło co najmniej 140 Palestyńczyków.

Wedle informacji medialnych większość zabitych to członkowie sił bezpieczeństwa Hamasu. Bycie członkiem Hamasu oraz bycie członkiem sił bezpieczeństwa tej organizacji nie jest jednak równoznaczne z byciem terrorystą ani z ponoszeniem odpowiedzialności za rakietowe ataki na Izrael.

Poza tym - większość to nie wszyscy. Wśród zabitych są - znowu - ludzie nie związani z Hamasem. Również dzieci. Dziesiątki osób odniosły rany. Wedle informacji NYT między innymi pięciomiesięczne dziecko. Nie wiemy wiele o tych rannych. Ilu z nich straciło kończyny? Ilu z nich zostało upośledzonych do końca życia? Może ktoś stracił oko? Ile ludzkich istnień zostało ostatecznie i radykalnie przetrąconych podczas tej krótkiej operacji powietrznej?

Naturalnie liderzy Hamasu w Strefie od kilku już dni są w ukryciu. Ich nie dosięgnie się poprzez nawet najlepiej zaplanowany atak lotniczy. Pociski trafiają w ludzi na ulicach, na posterunkach policji, w urzędach.

W czwartek, na falach arabskiej telewizji Al Arabija premier Olmert apelował do mieszkańców Gazy o to, by odrzucili Hamas i ludzi stojących za rakietowymi atakami na Izrael. Nie trzeba być prorokiem, żeby zgadnąć, że dzisiejsza operacja izraelskiego lotnictwa nikogo do obrania tej drogi nie skłoni.

Jeśli z lat walk w Izraelu można wyciągnąć jakiś wniosek, to brzmi on tak - z Palestyńczykami nie da się rozmawiać językiem przemocy. Niestety w stosunku do Hamasu i Strefy Gazy władze izraelskie nie mają - i być może mieć nie chcą - żadnego innego.

Czytałam niedawno książkę paryskiego profesora o radykalnym islamie. Autor rozsądnie unika formułowania prognoz, ale jednocześnie sugeruje, iż losem maksymalistycznych organizacji islamskich, gdy zyskają realną władzę, jest stopniowy spadek radykalizmu. Trudno być rewolucjonistą, gdy ma się pod opieką społeczeństwo. Trudno być terrorystą, gdy trzeba zadbać o opiekę zdrowotną i martwić się o zdobycie głosów w kolejnych wyborach.

Czy taka będzie droga Hamasu? Tego nie wiadomo. Jak dotąd Izrael nie zrobił wiele, by dopomóc w realizacji takiego scenariusza. Zrobił zaś całkiem sporo, by ją uniemożliwić.

Z Hamasem trzeba rozmawiać. Bomby nie wystarczą.

W Izraelu tymczasem podniesiono stopień środków bezpieczeństwa w oczekiwaniu, rzecz jasna, na kolejną serię ataków rakietowych. Wet za wet. Oko za oko aż wszyscy będą ślepi.

Ot, i taki to upiorny szabat, podczas którego spędzę wiele czasu myśląc o palestyńskim niemowlęciu rannym w głowę odłamkiem izraelskiego pocisku lotniczego.

niedziela, 07 września 2008
"Śmierć jako sposób życia"

Znaczną część szabatu spędziłam czytając książkę Dawida Grosmana "Śmierć jako sposób życia". Jak się okazało, to nie był najlepszy z moich pomysłów. W szabat człowiek powinien się cieszyć przedsmakiem ery mesjańskiej, a nie popadać w poczucie coraz większej beznadziei zastanawiając się nad losami procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie.

"Śmierć jako sposób życia" to zbiór 34 artykułów napisanych przez Grosmana - izraelskiego pisarza związanego z lewicą, autora wydanej w Polsce książki "Kto ze mną pobiegnie" - na przestrzeni 10 lat poczynając od zakończenia negocjacji w Oslo.

Pierwszy tekst pełen jest nadziei - trzeźwej i pozbawionej złudzeń, ale nadziei - i zawiera sporą dozę optymizmu. Oto wreszcie Izrael i Palestyńczycy wkroczyli na dobrą drogę, pisze Grosman w 1993 roku. Arafat wraca na terytoria okupowane po raz pierwszy od 33 lat. Nie czujcie się upokorzeni, mówi rodakom Grosman. To trudny moment dla wielu z nas, Izraelczyków, ale postarajmy się dostrzec w nim to, co bez wątpienia dobre - szansę dla Palestyńczyków, by poprawić swój los, by spełnić choć część swoich marzeń o niepodległości i szansę dla nas, Izraelczyków, by uwolnić się od rzeczywistości okupacji, by zakończyć przemoc, by stać się normalnym narodem. Szansa na normalność dla obu narodów.

Bo żaden z nich normalny nie jest. To jeden z pierwszych wniosków, jakie nasuwają się przy lekturze artykułów Grosmana.

Nie może być normalnym naród, który powstawał pod okupacją - turecką, jordańską, izraelską - naród, którego kultura, którego wartości rodziły się w odpowiedzi na przemoc i często z przemocy. "Nie tylko siła deprawuje", pisze Grosman, "Nie mniej deprawująca jest słabość": "Nawet intifada, która zaczęła się jako bohaterska inicjatywa narodu walczącego o wolność, w ciągu zaledwie dwóch lat stała się kłębowiskiem zabijania, rebelią dowodzoną przez religijnych fanatyków i zwykłych kryminalistów".

Nie może być normalny naród, który czuł się nieustannie oszukiwany i okłamywany. Na spotkaniu z palestyńskimi intelektualistami w 1995 roku Grosman spytał ich o to, dlaczego nie mówią głośno o tym, że trudności w procesie pokojowym są przejściowe, że uda się je pokonać. Dlaczego?

"Bo sami już nie wierzymy za bardzo w ten proces", odpowiedzieli. "Bo patrzymy wokół codziennie i widzimy, że nadal odbiera się nam ziemię, że buduje się nowe drogi wokół miast i osiedli, że osiedla rosną poprzez wielkie projekty budowlane. Zaczynamy czuć, że znowu, jak za każdym razem, wprowadzicie nas w błąd, że nas pokonacie. Tyle że tym razem zrobicie to w sposób tak przebiegły, że nie będziemy mieli już szansy się podnieść".

Trudno prowadzić jakikolwiek dialog bez minimalnego poczucia zaufania. Trudno, by Palestyńczycy mieli zaufanie do Izraelczyków. Zbyt często rzeczywistość terytoriów okupowanych zaprzeczała wzniosłym deklaracjom. Szok, w jakim Palestyńczycy obudzili się ze snu, który tak pięknie wyglądał w Oslo, trwa latami.

Po drugiej stronie zaś stoi państwo ze społeczeństwem nie mniej splątanym, poranionym i wypaczonym:

Okupacja osłabiała i osłabia izraelską demokrację i władzę prawa. Przemoc przeniknęła nasze życie. Nie wiem, ile lat upłynie, zanim dzieci po obu stronach przestaną się rodzić skażone nienawiścią.

Gdzieś w głębi izraelskiej świadomości, sugeruje Grosman, zawsze czai się wizja zagłady. Izraelczycy nie bardzo potrafią wierzyć w to, że mają przyszłość. Paraliżuje ich lęk. Lęk uzasadniony, powiedzmy sobie szczerze. Uzasadniony nie tylko tragiczną przeszłością europejskiej diaspory, ale także słyszalnymi nieustannie słowami o konieczności wymazania "syjonistycznego tworu" z powierzchni ziemi.

Jak możemy uwolnić się dzisiaj od tragicznej deformacji, od tego, że Holocaust nadal kształtuje nasze życie i świadomość w tak wielu wymiarach? Widać to w naszym absolutnym, wręcz straszliwym poczuciu braku bezpieczeństwa, które każe wątpić w to, czy nasze dzieci i my mamy jakąś przyszłość. Widać to w tym, że czujemy nad sobą cień śmierci, który skazuje nas na doświadczanie życia jako żywej śmierci.

Icchak Rabin próbował to zmienić po tym, jak sam się zmienił. I został zamordowany.

Młode małżeństwo opowiadało raz Grosmanowi o swoich planach na przyszłość. Chcieli mieć troje dzieci. Nie dwoje, a troje. Bo jak jedno umrze, zostanie dwójka. To jest choroba, mówi Grosman. Choroba, na którą cierpią obie strony, Izraelczycy i Palestyńczycy, choroba tych, dla których śmierć stała się normalną częścią życia.

"Mamy wspaniałe państwo", powtarza w 1998 roku Grosman z ironią słowa ówczesnego premiera, Benjamina Netanjachu. Doprawdy?

Ci, którzy przyjeżdżają do Izraela po dłuższej nieobecności są generalnie zadziwieni niesamowitym rozwojem miast, dróg, centrów handlowych. Zaskakują ich jednak sami ludzie - brutalność, wulgarność i brak wrażliwości. Ci, którzy tu mieszkają, już dawno przestali się temu dziwić. W zastraszająco szybkim tempie nasze młode, przyjazne i dzielne państwo poddało się umysłowemu procesowi przyśpieszonego starzenia.

Kolejne artykuły Grosmana są coraz mroczniejsze. Coraz więcej krwi, coraz bardziej odległa wizja pokoju i normalności. Bo jedno jest warunkiem drugiego. Nie będzie normalnym społeczeństwo toczące nieustanną wojnę, nie będzie normalnym naród okupujący inny naród.

Odrobina ostrożnego optymizmu pojawia się w tekstach pisanych po zwycięstwie wyborczym Ehuda Baraka. Szybko jednak niewiele po nim zostaje. Jeszcze zanim Camp David zakończy się klęską, zanim Ariel Szaron odwiedzi Wzgórze Świątynne, zanim wybuchnie druga intifada, a świat obiegają poruszające zdjęcia, na których w ramionach swojego ojca umiera mały palestyński chłopiec, rząd Partii Pracy pokazuje swoje ciemniejsze oblicze. Nie tylko nadal pompowane są pieniądze w żydowskie osiedla na terytoriach, ale dokonuje się również brutalnych i nieuzasadnionych wypędzeń. To była słynna sprawa, dziś już nieco zapomniana, choć nadal nierozstrzygnięta - w 1999 roku izraelska armia wypędziła 750 Palestyńczyków mieszkających w jaskiniach w okolicach Hebronu. Dlaczego? Tak naprawdę do dziś nikt tego nie wie.

Po dwóch latach intifady w zamachach terrorystycznych zginęło ponad 625 Izraelczyków. Izraelska armia zabiła ok. 1,340 Palestyńczyków. Liczby rannych po obu stronach szły w tysiące. Pomimo tego, pisze Grosman, po obu stronach są ludzie, którzy święcie wierzą w to, że druga strona nie nacierpiała się jeszcze dość.

Minęły dwa lata i nie ma nadziei. Sytuację można podsumować na kilka sposobów. Ja wybieram przytoczenie dwóch faktów, które wyróżniały się w ubiegłomiesięcznych raportach. Pierwszy: wedle danych ONZ ponad 1/4 palestyńskich dzieci cierpi aktualnie z powodu niedożywienia. Drugi: izraelskie dzieci będą miały niedługo specjalne zajęcia w szkołach - wczesne rozpoznawanie zamachowców-samobójców. Izraelczycy i Palestyńczycy, którzy nie chcą dostrzec związku między tymi dwoma faktami gwarantują, że jeszcze przez lata będziemy na wzajem swoimi zakładnikami, nosicielami zbytecznej i niepotrzebnej śmierci.

W 2004 roku ukazało się nowe wydanie książki Grosmana, wzbogacone o 6 artykułów, z których ostatni poświęcony jest negocjacjom w Genewie. Nie wiem, czy zajrzę do nich. Obawiam się, że nie znajdę w nich niczego poza kolejną zawiedzioną nadzieją na normalność.

czwartek, 10 lipca 2008
"Karow lebait" czyli o krytykowaniu Izraela

Kiedy mam dobry humor serdecznie mnie bawią wypowiedzi, wedle których podobno nie można krytykować Izraela, bo zaraz Żydzi podniosą larum wrzeszcząc "antysemityzm! antysemityzm!" (Kiedy mam gorszy humor takie wypowiedzi mnie wyłącznie denerwują.)

Osoby, które tak mówią czy myślą, mają najwyraźniej bardzo małe pojęcie o tym, jak Izrael krytykują sami Izraelczycy. A robią to często i na różne sposoby. By się o tym przekonać warto śledzić izraelskie media (żaden czytelnik Haarec nie powie, że Izraela nie można krytykować) i izraelską kulturę.

Dziś jeden przykład ze świata polityki i jeden ze świata kultury.

Na dzisiejszej konferencji w Hajfie premier Olmert stwierdził, iż arabscy obywatele Izraela są dyskryminowani. Rozwiązania, które Olmert zasugerował w swoim przemówieniu wydają mi się zupełnie nietrafne, ale samo przyznanie faktu ma swoją wymowę i wagę. Czy coś z tego dalej wyniknie, zobaczymy. Każda kuracja musi się jednak zacząć od przyznania, że choroba istnieje.

Zanim przeczytałam informację o wypowiedzi Olmerta, miałam zamiar napisać o dwóch filmach izraelskich, które obejrzałam w ostatnich dniach. Jeden z nich to "Karow lebait" (Blisko domu, 2005).

"Karow lebait" opowiada o dwóch izraelskich nastolatkach, które właśnie rozpoczęły służbę wojskową. To zupełnie zwykłe dziewczyny i zupełnie od siebie różne. Smadar jest nieco zbuntowana, poszukuje wrażeń silniejszych niż to, co wydaje jej się być codzienną nudą. Mirit od takich dziewczyn najchętniej trzymałaby się z daleka. Jest cicha i spokojna, a Smadar spogląda na nią z wyraźnym politowaniem. Nic nie wskazuje na to, że mogłby kiedykolwiek się zaprzyjaźnić. Rozkaz przełożonej tworzy z nich jednak parę - mają wspólnie patrolować określony rejon Jerozolimy.

Ten film mógłby być opowieścią o wojsku i panujących w nim relacjach między ludźmi. Dla mnie byłby wówćzas niezbyt ciekawy, nawet jeśli fakt, że opowiada o żołnierzach kobietach czyniłby go nieco bardziej oryginalnym. "Karow lebait" jest jednak ciekawy dlatego, że w sposób delikatny, a zarazem wyraźny dotyka najpoważniejszego problemu politycznego i moralnego w Izraelu, czyli okupacji.

Smadar i Mirit trafiają bowiem do straży granicznej. Patrolują ulice Jerozolimy wypatrując na nich Arabów, których mają za zadanie legitymować i spisywać. Raporty trafiają codziennie do przełożonej. Po mieście porusza się kilkanaście takich par - wszystkie mają to samo zadanie. Wypatrywać Arabów, sprawdzać ich dokumenty, wpisywać dane na listę. Taki-to-a-taki, na ulicy takiej-to-a-takiej. Może to być Palestyńczyk z Zachodniego Brzegu niosący gdzieś skrzynkę jabłek, może to być Palestyńczyk ze wschodniej Jerozolimy pracujący po stronie zachodniej, może to być Palestyńczyk mieszkający w zachodniej Jerozolimie, który wyszedł z domu po prostu na spacer. Oczywiście, jeden z nich może być terrorystą. Jeden z nich może zmierzać na przystanek autobusowy, by się na nim wysadzić w powietrze. Wyciągać z tłumu trzeba jednak wszystkich. Na wszelki wypadek.

Dziewczynom zdarza się także czasem pracować w punkcie kontrolnym. Niewielkie pomieszczenie podzielone na jeszcze mniejsze boksy - kontrola osobista dla kobiet. Żadna z nich nie wygląda podejrzanie i nie ma to znaczenia. Po prostu są Palestynkami i chcą się dostać do miasta. To dostateczny powód, by każdą brać do boksu, kazać się rozebrać, przetrząsnąć torby. Do boksów nie wolno wnosić żywności. Nie ma znaczenia, że mały chłopiec, którego matka jest kontrolowana, nic jeszcze dziś nie jadł. Kawałek pity z warzywami, który powoli gryzie, musi trafić do kosza.

"Karow lebait" nie jest filmem politycznym. I dlatego właśnie pokazuje znakomicie, jak bardzo polityczna i militarna rzeczywistość okupacji stanowi izraelską normalność. Zupełnie nienormalną normalność. Opowiadając o dwóch całkiem zwyczajnych dziewczynach pokazuje równocześnie ułamek codzienności upokorzenia - okupowanych i okupantów.

piątek, 04 lipca 2008
Burzenie domów i odpowiedzialność zbiorowa

We wtorek 30-letni Hosam Tajsir Dwajat, mieszkaniec wschodniej Jerozolimy, wjechał buldożerem na ulicę Jaffa w Jerozolimie. Staranował autobus, staranował samochody. Zabił trzy osoby, ranił kilkadziesiąt. Izraelski rząd zastanawia się nad reakcją. Informacje przekazywane przez media są niepokojące.

Nie wiadomo, czy był terrorystą, choć większość mediów opisuje jego atak jako taki właśnie. Nie wiadomo nic na temat jego związków z jakąkolwiek organizacją terrorystyczną. Nie wiadomo nic o tym, by takie związki miała jego rodzina. Zupełnie niewykluczone jest, że Hosam Tajsir Dwajat był po prostu całkiem zwykłym przestępcą, całkiem zwykłym mordercą. Wiemy, że był uzależniony od narkotyków. Wiemy, że był skazany za gwałt.

W czwartek policja weszła do wioski Sur Baher, w której mieszkał. Dowódca dystryktu, Aharon Franko, nakazał usunięcie wszelkich publicznych oznak żałoby. Tak też uczyniono - policja przyszła do domu mordercy i kazała rodzinie zliwidować tradycyjnie stawiany w takich okazjach namiot, w którym zebrali się żałobnicy. Mogą sobie obchodzić żałobę w domu. Nie wolno im obchodzić żałoby tak, jak chcieliby to robić, tak, jak nakazuje im tradycja.

Premier Olmert błyskawicznie zapowiedział, że dom "terrorysty" należy zniszczyć. W tym samym duchu wypowiedział się minister obrony, Ehud Barak. Prokurator generalny, Menachem Mazuz, został poproszony o sporządzenie ekspertyzy na temat legalności takiego kroku.

Niszczenie domów rodzin zamachowców stanowiło przez pewien czas standardową praktykę na terytoriach okupowanych. Wedle informacji Becelem od października 2001 do końca stycznia 2005 zniszczono 667 palestyńskich domów na terytoriach. Ponad 4000 osób zostało bez dachu nad głową. Połowa ze zniszczonych budynków to domy, które stały obok tych zamieszkanych przez rodziny terrorystów.

Burzenie domów miało odstraszać potencjalnych terrorystów. Możemy sobie wyobrazić taką scenę: członek Hamasu wraca do domu, by pożegnać się z rodziną przed zaplanowanym zamachem samobójczym. Zrozpaczona żona (lub matka) własnym ciałem broni drzwi wejściowych. Nie wypuści męża (lub syna), bo przecież zaraz po zamachu przyjdzie armia i zniszczy jej dom.

Scena tyleż wzruszająca, co kompletnie nierealna choćby z tego powodu, że rodziny najczęściej nie wiedzą o planowanym zamachu.

Faktem jest, że niszczenie domów rodzin zamachowców nijak nie wpłynęło na liczbę zamachów terrorystycznych. O wpływie tej praktyki na społeczne nastroje po stronie palestyńskiej mówić chyba nie potrzeba.

Ktoś w końcu poszedł po rozum do głowy. W 2005 powołano specjalną komisję, która miała zbadać skuteczność stosowanej kary. Wynik analizy był jednoznaczny - skuteczność jest zerowa. W lutym 2005 komisja zarekomendowała zaniechanie praktyki burzenia domów. W tym samym miesiącu rekomendację zaakceptował Szaul Mofaz, ówczesny izraelski minister obrony.

Niestety teraz rząd czeka tylko na nową ekspertyzę dotyczącą legalności niszczenia domów rodzin terrorystów. Menachem Mazuz już ją sporządził - z punktu widzenia prawa działanie takie jest ok, oświadczył.

Dziwne to prawo i dziwna opinia. Burzenie domów rodzin zamachowców stanowi bowiem całkiem jawne pogwałcenie prawa międzynarodowego - jest w założeniu i w praktyce karą wymierzoną osobom niewinnym, którym nie stawia się żadnych zarzutów. Podstawową zasadą prawną jest, iż nie wolno jednego człowieka karać za czyn popełniony przez kogoś innego. Odpowiedzialność zbiorowa nie mieści się w prawnych kanonach. Nawet gdyby burzenie domów działało jako środek odstraszający, pozostawałoby nielegalne.

Dziś wiemy, że jest nielegalne i nieskuteczne.

Minister Ehud Barak wydał w piątek rano polecenie o zburzeniu domu rodziny Hosama Tajsira Dwajata w Sur Baher. Armia ma zniszczyć również dom Palestyńczyka, który dokonał w marcu zamachu na jerozolimską jesziwę Merkaz HaRaw.

Wtorek był smutnym dniem. Reszta tygodnia okazała się równie smutna.

niedziela, 29 czerwca 2008
Encounter Point (2005)

Myśląc o konflikcie izraelsko-palestyńskim trudno czasem uniknąć poczucia kompletnej beznadziei. Nic się nie zmieni. Będą ciągle nowe ofiary, ataki armii, ataki terrorystów, będzie więcej i więcej krwi, więcej i więcej nienawiści.

Media nie pokazują nam prawie żadnych obrazów, które mogłyby nieść jakąś nadzieję. Oczywiście, mówi się o politycznych krokach, mówi się o blokadzie albo o zawieszeniu broni, o negocjacjach czasem jawnych, czasem tajnych, pośrednich i bezpośrednich. Tyle że takie informacje słyszymy już od lat. I jednocześnie widzimy, że nic się nie zmienia.

Zdarza się jednak, że ktoś uchwyci i przekaże szerszej publice wydarzenia z innego porządku. Wydarzenia, w których można dostrzec delikatne światełko w tunelu. Coś takiego właśnie pokazuje dokumentalny film nakręcony w 2005 roku zatytułowany "Encounter Point".

Robi przyjechała do Izraela z RPA, gdzie była zaangażowana w walkę z apartheidem. Kilka lat temu straciła syna - młodego chłopaka stojącego na straży przy żydowskim osiedlu Ofra na Zachodnim Brzegu zastrzelił palestyński snajper. Z czasem Robi zaczęła się zastanawiać: co mój syn tam robił? dlaczego pilnował żydowskiego osiedla na palestyńskiej ziemi? Teraz działa w organizacji - Bereaved Families Forum - zrzeszającej rodziny izraelskie i palestyńskie, które straciły bliskich. Robi straciła syna, Elham z Nablusu również, Rami stracił córkę w zamachu.

Ali był nastolatkiem, gdy wybuchła pierwsza intifada. Rzucał kamieniami w izraelskie czołgi. Trafił na cztery lata do więzienia. Został postrzelony przez żołnierza i wyjechał do Arabii Saudyjskiej na leczenie. Wówczas dotarła do niego wiadomość, że zginął jego brat - zastrzelony przez izraelskiego żołnierza przy wejściu do wioski, w której mieszkali. Ali również działa w Bereaved Families Forum. Spotyka się także w różnych miejscach z Palestyńczykami i próbuje ich przekonywać o tym, że przemoc do niczego nie prowadzi. Opowiada im o Gandhim i ruchu non-violence.

Mieszkający z rodziną w Betlejem George odwiedza na chrześcijańskim cmentarzu grób swojej córki. Kiedyś do miasta weszła armia, szukali terrorystów. Ostrzelali samochód, którym jechał George z rodziną. Później okazało się, że identycznym samochodem mieli poruszać się poszukiwani przez wojsko. George nie został ranny, przeżyła także jego żona. Ich córeczka została zabita.

Cwika stracił córkę w zamachu terrorystycznym w Tel Awiwie. Pojechała do miasta z trzema przyjaciółkami świętować urodziny. Zamachowiec samobójca wysadził się w powietrze w autobusie. Cwika był żołnierzem. Gdy był młody, myślał, że wszystkich Arabów trzeba z Izraela przepędzić. Dziś przychodzi na spotkania Bereaved Families Forum, gdzie rozmawia między innymi z Georgem i z Alim. Jeździ także po szkołach i spotyka się z młodymi Izraelczykami, którzy niebawem znajdą się w armii. Mówi im o sobie, o swojej córce. Mówi także o Palestyńczykach, których zna. Zastanawia się nad tym, w jaki sposób Izrael przyczynił się do powstania palestyńskiego terroryzmu. Ma nadzieję, że gdy chłopcy, z którymi rozmawia teraz, będą w wojsku, będą lepiej traktować Palestyńczyków niż on sam w przeszłości. Może dzięki temu ktoś kiedyś nie podejmie decyzji o wysadzeniu się w powietrze w zatłoczonym autobusie?

Szlomo urodził się na Zachodnim Brzegu. Mieszkał w osiedlu przez 35 lat. Przynaje, że nigdy w życiu nie miał żadnego znaczącego kontaktu z Palestyńczykami. Z żadnym nigdy nie rozmawiał. Nie mieszka już w osiedlu. Przeniósł się z rodziną na teren Izraela, choć nie była to łatwa zmiana. Zaangażował się w żydowsko-muzułmański dialog religijny.

W spotkaniach Bereaved Families Forum uczestniczy około 500 rodzin, 250 izraelskich, 250 palestyńskich. Siedzą razem, rozmawiają o sobie, o utraconych członkach rodziny, opowiadają o bólu i cierpieniu. I widzą, że po obu stronach są ludzie z krwi i kości. Że po obu stronach jest ten sam ból.

Prowadzący jedno ze spotkań Ali mówi: "Rozmawiamy tu o rzeczach, których politycy używają jako usprawiedliwienia dla przemocy. Nie używajcie nas jako alibii - my jesteśmy zjednoczeni".

Oglądając ten film przypomniało mi się, jak wiele dla pojednania polsko-niemieckiego zrobili ludzie, którzy bezpośrednio doświadczyli przemocy. Nie ci, którzy przyszli później, wiedzę o wojnie czerpią z książek, a dziś tak chętni są do tego, by domagać się odszkodowań za cierpienia ojców.

Być może kiedyś, kiedy zakończy się okupacja, do czegoś podobnego dojdzie w stosunkach izraelsko-palestyńskich. Już dziś po obu stronach są ludzie, którzy wiedzą, że przemoc prowadzi do nikąd.

Postaram się w następnych wpisach przybliżać różne organizacje izraelskie, palestyńskie i izraelsko-palestyńskie, o których media nie piszą zbyt wiele, a których członkowie codziennie robią rzeczy ważne, rzeczy, które być może w przyszłości zmienią rzeczywistość Bliskiego Wschodu.

PS: Więcej o filmie tutaj: Encounter Point

 
1 , 2