Ponownie na Midweście
Kategorie: Wszystkie | Izrael i okolice | Judaizm | Kultura | Różności | Waszyngton i okolice | Zauważam | Życie na Midweście
RSS
czwartek, 14 stycznia 2010
Pozwolę sobie pogratulować

Pozwolę sobie pogratulować sobie, a z Wami podzielić moją radością i zaprosić Was na otwarcie pewnej wystawy.

Wystawa będzie miała miejsce w waszyngtońskiej LongView Gallery, a pokazanych na niej zostanie 47 fotografii wybranych spośród ponad tysiąca.

Głównym organizatorem wystawy są wydawcy świetnego bloga DCist stanowiącego część większej sieci (jest i Bostonist, i Chicagoist, i Torontoist...). Kilka lat temu wpadli oni na pomysł, by poprosić czytelników o dzielenie się z nimi zdjęciami z miasta i okolic. Z tego pomysłu narodziła się na Flikr grupa DCist Photos. Dołączyłam do niej latem ubiegłego roku, kilka z moich zdjęć ukazało się na blogu.

Od trzech lat członkowie tej grupy mogą zgłaszać zdjęcia na wystawę. Z roku na rok chętnych jest coraz więcej. Z roku na rok coraz więcej osób przychodzi również oglądać wystawę, która stała się już znaczącym elementem kulturalnego życia Waszyngtonu.

W tym roku, w marcu, goście na wystawie zobaczą między innymi to oto zdjęcie:

the joy of it

Zapraszam zatem!


Design by Lynne Venart; photo by Angela Kleis

A tu można obejrzeć pozostałe wybrane zdjęcia: The DCist Exposed 2010 Winners

niedziela, 20 września 2009
Kłopot w święta

"A niech szlag trafi te wszystkie święta", przeklinałam dziś rano czując narastającą frustrację.

Dziś drugi dzień Rosz Haszana. Planowałam spędzić poranek w synagodze, na modlitwach. Planowałam usłyszeć dźwięk szofaru (wczoraj nie dęto w szofar, ponieważ był szabat). Plany spaliły na panewce, a dokładniej rzecz ujmując - w ogniu gorączki, z którą obudziłam się około godziny 4 rano. Ostry stan zapalny tego i owego. Żadna przyjemność. Trzeba iść do lekarza.

Pójście do lekarza nie jest takie proste dla osoby, która tzw. swojego lekarza ma w całkiem innym stanie. Nie jest też proste w niedzielę, kiedy wielu lekarzy cieszy się zasłużonym wypoczynkiem. Na szczęście w Arlington istnieje punkt pomocy działający 7 dni w tygodniu i 24 godziny na dobę. Niestety znajduje się on w miejscu, do którego dojechać można wyłącznie samochodem. Nie dziwi to w kraju, w którym każdy obywatel rodzi się z prawem jazdy, a za kierownicą pierwszego własnego samochodu zasiada wkrótce po zdjęciu ostatniej pieluchy. Gorzej, gdy jest się dziwaczną istotą, która prawa jazdy i samochodu nie posiada. Wtedy trzeba brać taksówkę.

Zadzwoniłam, zamówiłam, taksówka przyjechała. W klinice obsłużono mnie uprzejmie, sprawnie i względnie szybko. Dostałam zastrzyk, dostałam receptę na antybiotyki, można wracać do domu.

Ponownie zadzwoniłam po taksówkę. "Tak, dziękujemy, że wybrała pani Firmę Taką-a-Taką, taksówka przyjedzie w ciągu 10-20 minut". Usiadłam na stojącej w cieniu ławeczce, oparłam głowę na kolanach, przymknęłam oczy i czekałam. 5 minut, 10, 15, 20, pół godziny. Dzwonię ponownie. "Ach, tak, tak, Barbara, adres taki i taki, zaraz połączę panią z dyspozytorem". W słuchawce odzywa się pan dyspozytor i zapewnia mnie, że taksówka została wysłana i niebawem po mnie przyjedzie. Niebawem to niebawem, myślę sobie. Nie tak źle. Z powrotem siadam na ławce. Nie mogę za długo stać, bo kręci mi się w głowie. I coś mi burczy w brzuchu.

Czekam dalej. 5 minut, 10, 15, 20, pół godziny... Sięgam ponownie po telefon i wybieram numer Firmy Takiej-a-Takiej. Tym razem spokojny głos pani po drugiej stronie nie działa na mnie kojąco. Gorączka w połaczeniu z burczeniem w brzuchu i godzinnym już oczekiwaniem na taksówkę najwyraźniej obniżają mój poziom tolerancji dla czegokolwiek. Pan dyspozytor wzdycha. "Bardzo przepraszam, ale mamy teraz niewielu kierowców. Nasi kierowcy to w większości muzułmanie, a dziś jest święto..." Rzeczywiście, jest święto - ostatni dzień Ramadanu. "A co mnie to obchodzi" - warczę w słuchawkę niczym rozeźlony brytan - "Albo państwo świadczycie usługi albo nie!" Pan zapewne pomyślał, że nie lubię muzułmanów.

Nie miałam w telefonie komórkowym numeru żadnej innej firmy taksówkowej. Zadzwoniłam pod numer świadczonej przez operatora usługi pomocnej w takiej sytuacji: dzwonisz, mówisz, gdzie jesteś, maszyna łączy cię z odpowiednią osobą, a ta następnie znajduje firmę, której usługi akurat potrzebujesz.

"Arlington, Wirginia" - mówię maszynie. Po sekundzie zamiast maszyny odzywa się męski głos. "Czy może mnie pan połączyć z jakąś firmą taksówkową" - proszę uprzejmie - "Byle nie żydowską, bo dziś Rosz Haszana i nie muzułmańską, bo dziś koniec Ramadanu..." A niech szlag trafi te wszystkie święta.

Leszana towa. Id mubarak.

piątek, 07 sierpnia 2009
Narodziny gwiazdy

the miracle of transformation

Narodziny tej oto zielonej piękności miałam okazję oglądać wczoraj w późnych godzinach nocnych na werandzie znajomych w Silver Spring, MD (to przedmieścia Waszyngtonu, podobnie jak Arlington, w którym mieszkam).

Zastanawiałyśmy się z Karen długą chwilę nad imieniem i płcią zielonego stworzenia, które kojarzyło mi się z jakimś migotliwym kamieniem szlachetnym. Z początku obstawałam przy czymś z niemieckiego - jakaś Hildegarda czy coś w tym rodzaju. Sprawę płci rozstrzygnęłam bowiem tyleż szybko, co zupełnie arbitralnie - nie mam zielonego pojęcia czym pan cykada różni się od pani cykady. Po konsultacjach zdecydowałam się w końcu podzielić z domniemaną panią cykadą moim własnym imieniem hebrajskim.

Na zdjęciu widzicie zatem Awital, która wczorajszej nocy zdecydowała się wyleźć ze swojej brązowej skorupki. (Notabene: czy ktoś wie, jak ta skorupka nazywa się po polsku? Po angielsku ma bardzo ładną nazwę - exoskeleton.) Nie sprawiała na nas wrażenia przejętej wzbudzonym przez siebie zainteresowaniem. Łypała na nas jedynie swoimi zielonymi, nieco wybałuszonymi oczami.

wtorek, 04 sierpnia 2009
Patrzcie do góry

Patrzcie do góry niekoniecznie w poszukiwaniu Absolutu pomiędzy chmurami. Patrzcie do góry niekoniecznie po to, by dostrzec niebo gwiaździste nad sobą (a w sobie prawo moralne, rzecz jasna). I nie po to, by przerazić się pustką nieskończonych przestrzeni.

Patrzcie nieco niżej - na dachy i sufity, bo te bywają naprawdę fascynujące.

Exemplum 1:

no perspectives?

Sufity stacji waszyngtońskiego metra są dla mnie nieustannym źródłem fascynacji. Tu akurat jest sufit nowszego typu, jeśli można się tak wyrazić. Moim zdaniem równie ciekawy, jak ten starszego typu, który zobaczyć można na wcześniejszych zdjęciach.

Exemplum 2:

flexibility

To dach National Portrait Gallery w Waszyngtonie, a dokładniej dach przykrywający wewnętrzny dziedziniec w tym gmachu. Bardzo lubię sobie posiedzieć na tym dziedzincu i patrzeć jak zmieniające się światło przefiltrowane przez powyginany dach rzuca rozmaite cienie na ściany.

Exemplum 3:

rooftops

To dachy domów w okolicach 1. ulicy. Okolica podobno bywa niebezpieczna, z pewnością bardziej niż w innych częściach miasta widać w niej skutki ekonomicznej recesji. Widać biedę i zaniedbanie, krótko mówiąc. Widać bezrobotnych przesiadujących bez celu przed domami. Ale widać również szeregi zupełnie fantastycznych dachów.

środa, 29 lipca 2009
Kocham to metro

Z czasem stałam się wielką fanką waszyngtońskiego metra. Nie jest tak rozbudowane jak nowojorskie ani tak piękne jak moskiewskie, ale ma swój niezaprzeczalny wdzięk, przynajmniej w moich oczach.

Orange Line to Vienna

Z próbą uchwycenia części tego wdzięku na zdjęciach musiałam poczekać do chwili, w której dotarł do mnie mój nowy Canon Rebel T1i. Kochany skądinąd Kodak nie sprawdzał się w nieco mrocznych podziemiach.

its coming

Z nowym aparatem mogę tam poszaleć. Przynajmniej zasadniczo rzecz biorąc. W praktyce bywa różnie. W ostatnich dniach upiorne zupełnie upały połączone z makabryczną wilgotnością i brakiem klimatyzacji na stacjach skutecznie zniechęcają mnie do tego, by być tam dłużej niż to niezbędnie konieczne.

it's arrived

Liczę jednak na zmianę pogody, a wraz z nią na okazję do nowych ujęć.

get in everybody

środa, 13 maja 2009
Straszni sprzedawcy

Lubię mieć do czynienia z uprzejmą i pomocną obsługą w sklepach czy restauracjach. Lubię, na przykład, gdy kompetentny sprzedawca w sklepie z elektroniką pomoże mi znaleźć w gąszczu produktów ten jeden, którego akurat szukam i jeszcze dokładnie wyjaśni różnice pomiędzy nim a podobnym, ale sporo droższym. Lubię, gdy w restauracji kelnerka spyta czy "everything alright?", nawet jeśli udzielenie odpowiedzi wymaga ode mnie gwałtownego przełknięcia, które grozi zaksztuszeniem. Lubię, gdy sprzedawczyni w sklepie spyta z uśmiechem "how are you?", nawet jeśli wiem, że naprawdę kompletnie jej to nie obchodzi. Wiadomo - chodzi o pieniądze. Ale jak słusznie zauważyła Znajoma Osoba - oczywiście, że chodzi o pieniądze, ale może być bardziej lub mniej miło.

Całkiem mniej miło robi się jednak, gdy klienta osaczają sprzedawcy-potwory. Sprzedawca-potwór dopada klienta, gdy tylko ten - nieświadom zagrożenia - przekroczy próg sklepu. I koniec. Przepadło. Od sprzedawcy-potwora nie da się uciec. Śledzi każdy twój krok, dyszy ci w kark, ględzi nieustannie, podtyka pod nos wszystko, co mu w ręce wpadnie i nie popuści do chwili, w której triumfalnie - niczym dzielny pies myśliwski z upolowaną zwierzyną w pysku - nie zaciągnie klienta obarczonego furą chcianych i niechcianych zakupów do punktu docelowego czyli do kasy.

Wczoraj dopadło mnie stado takich sprzedawczyń w sklepie Victoria Secret. Zapowiadało się niewinnie. Pani podeszła, uśmiechnęła się, spytała "how are you?" oraz czego szukam. Tak, tak, oczywiście, mamy jak najbardziej! Może przejdzie pani do przymierzalni, a my tam przyniesiemy pani różne modele, będzie mogła pani przymierzyć, tak będzie wygodniej, nie będzie się pani męczyć... Gładki słowotok spowodował, że w głowie zapaliła mi się ostrzegawcza żarówka - uciekaj, póki możesz, wyszeptał wewnętrzy głos. Na mojej twarzy najwyraźniej pojawiło się jakieś echo tego głosu, ponieważ sprzedawczyni coraz bardziej stanowczo zaczęła mnie zachęcać do pójścia do przymierzalni. W międzyczasie zgarnęła już kilka staników, które jej zdaniem powinnam przymierzyć. Coś w jej oczach powiedziało mi, że jeszcze chwila, a złapie mnie za kołnierz, siłą zaciągnie do przymierzalni, zerwie ze mnie ubrania i... nie, niestety nie zacznie mnie namiętnie całować, a raczej wciskać moje piersi w kolejne modele biustonoszy.

Jakoś urwałam się tej pani. Spokojnie przeglądam sobie bieliznę, ale spokój nie trwa długo. Podchodzi kolejna pani i informuje mnie o dzisiejszych promocjach. Ok, kiwam głową. Niestety to nie jest dostatecznie entuzjastyczna reakcja. Pani prowadzi mnie do wyłożonych na stole skądinąd ładnych koronkowych fintifluszków i niemal wsadza w nie mój nos. A tu obok są także staniki! - zachęca głosem, w którym czai się groźba - a spróbuj tylko czegoś nie kupić.

Potem kolejna pani. Czy obejrzała pani nasze promocje? A może chciałaby pani coś przymierzyć? Bardzo proszę do przymierzalni... Przymierzę, jak będę miała ochotę - warczę pod nosem, bo zaczynają mi sie wyczerpywać zasoby cierpliwości. Pani nie dosłyszała. Stoi nadal koło mnie i uśmiecha się zachęcająco. Biedaczka najwyraźniej nie dostrzega, że grozi jej śmierć przez uduszenie.

Niewielką w sumie przestrzeń sklepu udaje mi się opuścić po jeszcze trzech utarczkach z uprzejmymi do obrzydliwości sprzedawczyniami. Wszystko na przestrzeni może 15 minut. Wychodzę z ulgą czując się jak zwierzyna, której jakimś cudem udało się uniknąć zastawionych wszędzie pułapek. Nigdy więcej Victoria Secret, postanawiam sobie stanowczo.

PS: Bywalców przepraszam za brak wpisów w ostatnim czasie. Okoliczności nie są sprzyjające.

środa, 29 kwietnia 2009
Waszyngtońskie Chinatown

Nie bywam w waszyngtońskim Chinatown zbyt często. Można tam owszem bardzo tanio zjeść, ale niestety dziwnym trafem wcale nie jest tam koszernie, a i dania wegetariańskie nie występują w obfitości. Warto tam jednak czasem zajrzeć i to wcale nie po to, aby zobaczyć jakiegoś Chińczyka.

Dla każdego, kto choć raz odwiedził największe poza Chinami Chinatown na świecie - nowojorskie rzecz jasna - wizyta w waszyngtońskim musi być wielkim rozczarowaniem. Rozczarowaniem, któremu będzie towarzyszyć poczucie dziwnej schizofrenii.

Wysiadającego na stacji metra Gallery Place - Chinatown powita widok taki oto:


To coś, to łuk przyjaźni - znak siostrzanej relacji pomiędzy Waszyngtonem a Pekinem. Łuk zaprojektował Alfred H. Liu. Kosztowało to dzieło milion dolarów, a odsłonięte zostało w 1986 roku. Mam wątpliwości co do tego, czy warto było na łuk wydać takie ciężkie pieniądze, ale powiedzmy, że po prostu nie jestem fanką tego typu architektury.

Łuk w każdym razie jest. W przeciwieństwie do Chińczyków. W waszyngtońskim Chinatown od dawna ich nie ma. Pojawili się w okolicy w latach 30, gdy budowa gmachów rządowych wygoniła ich z rejonu Pennsylvania Avenue. Ciosem dla Chinatown - i wielu innych dzielnic Waszyngtonu - były zamieszki, które wybuchły w mieście w kwietniu 1968 po zabójstwie Martina Luthera Kinga. Chinatown zostało zdewastowane i zrujnowane. Mieszkańcy postanowili się wyprowadzić. Wyprowadzili się na znacznie spokojniejsze i bezpieczniejsze przedmieścia, śladem wszystkich innych mniejszości, które spokojnie się asymilują i powoli zaczynają wspinać po społecznej drabinie ogólnej zasobności.

Kiedy postanowiono Łuk Przyjaźni Chińczyków w Chinatown już praktycznie nie było. Samo serce dzielnicy zniszczono dziesięć lat później, aby w miejscu niewielkich kamienić postawić wielką halę znaną dziś jako Verizon Center - miejsce, w którym grają m.in. hokeiści z Washington Capitals oraz koszykarze z Washington Wizards.

Dziś Chinatown to praktycznie jedno skrzyżowanie. Plącze się po nim mnóstwo ludzi, to fakt. Głównie turystów, których zapraszają serdecznie liczne restauracje, z których wiele nie ma z Chinami nic wspólnego. Jest także ok. 20 podobno restauracji azjatyckich, niektóre z nich malutkie, jakby nieco wstydliwie wciśnięte w piwnice. Na przystankach autobusowych poza turystami widzi się główie Afroamerykanów. Wielu z nich nie wygląda na zasobnych, oględnie rzecz ujmując.

Skąd zaś wrażenie lekkiej schizofreniczności tego miejsca? Ktoś otóż wpadł kiedyś na pomysł światły bardzo, by rewitalizację chińskiej dzielnicy wesprzeć lokalną legislacją dotyczą tego, w jakich językach w Chinatown mają być eksponowane publicznie napisy. Efekt jest co najmniej ciekawy:


Co ma sens w realnie chińskim Chinatown w Nowym Jorku wydaje się kompletnie absurdalne w Waszyngtonie. Kto u licha ma czytać te napisy? Światli legislatorzy wiedzą jednak lepiej.

W ostatnich latach w Chinatown rozkwitł biznes transportowy. To nowa atrakcja dzielnicy. Z Chinatown można prywatnymi autobusami za bardzo przystępną cenę pojechać między innymi do Nowego Jorku. Cena za przejazd w obie strony ma się do ceny oferowanej przez kolej (nie mówiąc o liniach lotniczych) mniej więcej tak samo, jak w Polsce cena obiadu w chińskim barze do tej w porządnej restauracji. Trudno się dziwić, że Chinatown Bus zrobiły się szybko ogromnie popularne. Sama zamierzam z jednego z nich skorzystać jakiegoś pięknego dnia, kiedy wolnego czasu nabiera się dość, by ponownie odwiedzić Nowy Jork i prawdziwe Chinatown.

niedziela, 19 kwietnia 2009
Z dziennika podróży idiotki

Nadeszła pora na pełne, jak to mawiają tutaj, disclosure, czyli odsłonę faktów. Po kilku latach funkcjonowania w cyberprzestrzeni za pośrednictwem tego bloga czas na to, byście wiedzieli, Drodzy Czytelnicy, z kim macie do czynienia. A macie do czynienia z idiotką.

Do tak sformułowanej samooceny zmusiły mnie następujące okoliczności: siedzę na wózku bagażowym nieopodal jednego z wejść do terminalu lotniska Washington Dulles. Wózek jest zupełnie niezłym miejscem do siedzenia, stwierdzam, choć nieco mi już zdrętwiały podkurczone nogi, na których trzymam otwartego laptopa. Obok podkurczonych nóg stoi sobie kubek z kawą. Pod ręką mam także paczkę papierosów oraz zapalniczkę. Czułabym się całkiem swojsko, gdyby nie to, że na moją skromnie koczującą na wózku osobę czasem dziwnie zerkają przechodzący funkcjonariusze policji i lotniskowych służb porządkowych. Jeden z nich nawet spytał mnie uprzejmie, czy przypadkiem niczego mi nie potrzeba. O mało nie odpowiedziałam spontanicznie - owszem, rozumu!

Bliski kontakt z wózkiem bagażowym jest bowiem prostą konsekwencją braku tegoż. Kupiłam sobie parę dni temu bilet na lot do Indianapolis. Wylot w niedzielę o 10:15. Wstałam przed świtaniem, gdyż dojazd do lotniska Dulles wymaga czasu (pod tym względem jest to zupełnie fatalne lotnisko). Podjechałam opustoszałym metrem (kto jeździ metrem w niedzielę o tak wczesnej porze?) do jeszcze bardziej opustoszałego autobusu, który całkiem szybko jechał autostradą w stronę lotniska. Dojechałam na czas, jak mi się zdawało.

Problemy zaczęły się przy check-in. Względnie przyjazna zwykle maszyna do samodzielnego przeprowadzenia tej operacji z uporem powtarzała mi, że nie mogę nadać bagażu wcześniej niż na cztery godziny przed odlotem. Popatrzyłam na zegarek - jakie cztery godziny, skoro odlatuję za mniej niż półtorej? Z pomocą przyszła mi pani z obsługi United Airlines. Ależ pani ma lot o 10:15 pm! - powiedziała, a mi odebrało mowę.

Pani miała rację, oczywiście. Na rezerwacji jak drut jest napisane 10:15 pm. Dobrze, że choć dzień się zgadza...

Uprzejma pani wpisała mnie na listę pasażerów, którzy będą próbowali się wepchnąć na pokład samolotu lecącego do Indianapolis koło południa. Samolot jest mały, osób z nadzieją na łut szczęścia jeszcze dwie, więc szanse są dość ograniczone. Następna możliwość do lot gdzieś koło piątej popołudniu. W najgorszym zaś razie czeka mnie czekanie do późnych godzin nocnych.

W tej sytuacji zarówno zaprzyjaźnienie się z wózkiem bagażowym, jak i krytyczna samoocena, wydały mi się jak najbardziej na miejscu.

Zastanawiam się, czy mam jakieś inne wytłumaczenie dla wyraźnych przejawów umysłowego otępienia. Przed laty złapał mnie w warszawskim tramwaju kontroler biletów. Nie miałam przy sobie żadnych dokumentów. Gdy w odpowiedzi na pytanie, gdzie studiuję, usłyszał, że w Instytucie Filozofii, pokiwał głową z politowaniem i westchnął: "filozof..." Nie wypisał mandatu.

Może i tym razem powinnam sobie westchnąć w duchu "filozofka"... Diogenes miał swoją beczkę, ja mam nie swój wózek bagażowy.

wtorek, 07 kwietnia 2009
Ktoś zwątpił

Takiego oto dolara - z wyznaniem - dostałam w niedzielę w sklepie

confession

piątek, 03 kwietnia 2009
Wiosna w DC

Chyba zapomniałam napisać, że jest wiosna! Pierwsze jej objawy pojawiły się już jakiś czas temu, ale oficjalnie rozpoczęła się dopiero w ubiegły weekend - wraz z inauguracją Cherry Blossom Festival.

Kwitnące obłędnie wiśnie poszłam oglądać dziś. Moja Jednostka Badawcza znajduje się tuż przy Tidal Basin, która obsadzona jest japońskimi wiśniami.

Wiśnie zaś - poza tym, że obsypane kwiatami - są również otoczone przez rój turystów z najróżniejszych miejsc, którzy przyjeżdzają do stolicy napawać się widokiem i zapachem. Zapobiegliwe służby miejskie przygotowały okolice Tidal Basin na zalew turystów.

Kwitną w mieście także magnolie...

...i dzikie jabłonki, które myślący architekci przestrzeni powtykali w najrozmaitsze miejsca zmieniając przeciętną miejską okolicę w prawdziwie wiosenną radość dla oka (i obiektywu).

A Kakofonia urywa się z pracy w Jednostce, łazi po okolicy, pogląda ptaki...

...karmi wiewiórki...

...i cieszy się z tego, że jest Kakofonią w wiosennym Waszyngtonie.

Szabat szalom.

 
1 , 2